Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Zobacz też
Bitwa o handel
HYMN MŁODZIEŻY DEMOKRATYCZNEJ
Alianci
„Sprzedana muzyka”
Judith Katzir Matisse ma słońce w brzuchu - fragment
Kelnereczka
Opowiadanie

       We francuskiej knajpie, dwie ulice ode mnie, pracowała niezwykle uprzejma kelnerka. Zawsze była uśmiechnięta, zawsze przybiegała rozpromieniona, zanim jeszcze zdążyłem ją zawołać. Ideał kelnerki? No cóż, niezupełnie.
       — Najpierw poprosimy przystawki.
       — Przystaweczki, już notuję.
       — Poprosimy raz ślimaki.
       — Śimaczki raz.
       — Cielęcinę pod beszamelem, dwa razy.
       — Cielęcinka dwa razy.
       — A dla żony sałatka nicejska.
       — Sałateczka - jest. Coś jeszcze?
       — Tak, zamówimy też dania główne...
       — Znakomicie.
       — Dwa befsztyki z frytkami i dwa razy ten schab — o ten.
       — Schabik ze szpinaczkiem zapiekany w serku?
       — No... tak.
       — Do befsztyczku podać jakąś suróweczkę?
       — Tak, proszę dobrać jakąś surówkę.
       — A schabik z fryteczkami czy ziemniaczkami podpiekanymi?
       — Z frytecz... Z frytkami proszę.
       — Coś do picia?
       — Tak, proszę nam dobrać wino.
       — Winko dla wszystkich. Z beczułki czy troszkę droższe?
       — Droższe...
       — Trzeba wziąć całą buteleczkę, na lampeczki mamy tylko winko z beczułeczki.
       Dziewczyna była naprawdę miła, więc przez jakiś czas delikatnie starałem się jakoś dać jej do zrozumienia, że przesadza z tą wymową.
       — Jakaś przystaweczka dla pana?
       — PRZYSTAWKA. Nie, dziękuję. Dla mnie dziś tylko sałatka.
       — Sałateczka nicejska czy wiosenna?
       — SAŁATKA. Poproszę sałatkę wiosenną i kieliszek wina.
       — Wineczko...
       — WINO, WINO z beczki może być.
       — Z beczułeczki, dobrze, już podaję.
       Nic to nie dawało. Zupełnie nic. Zdesperowany postanowiłem nie dawać napiwków.
       — Reszteczka dla pana, siedemdziesiąt pięć grosiczków.
       Słowem – jeszcze gorzej.
       Zacząłem siadać przy innych stolikach, z nadzieją że trafię na inną kelnerkę. Niestety, przybiegała zawsze ze swoim uśmiechem od ucha do ucha.
       — Och, nasz stały kliencik, proszę, karteczka dla pana.
       Karteczka to niby karta. Menu, do cholery! Zauważyłem, że czasem wręcz trudno ją było zrozumieć. Za każdym razem gdy nadchodziła, cierpła mi skóra. Znacie pewnie to uczucie, gdy w tramwaju zbliża się do was jakiś niepoczytalny osobnik. To dziwne skrępowanie, dyskomfort, coś w rodzaju wstydu. Nie czuliście się nigdy zawstydzeni, niejako w zastępstwie takiego wariata? To okropne uczucie. Czułem to za każdym razem, gdy ona zbliżała się do mnie uśmiechnięta, z jakimś koszmarnym zdrobnieniem na samym końcu języka.
       Knajpa była niezła, jedzenie smaczne, tanie i w dodatku blisko. W okolicy nie było żadnej innej restauracji, więc nie było mi łatwo z niej, tak po prostu, zrezygnować. Pewnego razu jednak straciłem cierpliwość.
       Wracałem ze znajomymi, ponury i zdołowany, z pogrzebu naszego przyjaciela. Było listopadowe popołudnie, wyjątkowo paskudne, zimne i wilgotne – słowem, pogoda, jaką można sobie wymarzyć na własny pogrzeb. Wszyscy byliśmy ubrani na czarno, wszyscy przemarznięci do kości. Pomyślałem – wpadniemy na gorącą herbatę.
       — Dzień dobry. Państwo na obiadek?
       — Nie, dziękujemy, poprosimy dla wszystkich gorącą herbatę. Jesteśmy kompletnie przemarznięci po pogrzebie.
       Obróciła się w stronę baru
       — Kochanie, dla państwa szybciutko gorącą herbatkę. Państwo są przemarznięci po pogrzebiku...
       Przestałem tam przychodzić. Do dziś czuję się winny.
       Znaleziono ją w okropnym stanie. Ktoś najpierw wystrzelił do niej cały magazynek z rewolweru kaliber 38. Potem, posługując się krzesłem, zmasakrował jej twarz. To nie było jedno uderzenie – bił długo i systematycznie, kiedy ona już dawno nie żyła. Poświęcił mnóstwo wysiłku i czasu, żeby usunąć uśmiech z jej twarzy.
       Mordercy nie odnaleziono. Była sama w pracy tego ranka. Wiecie, jak to jest, rano nie ma zbyt wielu klientów. Kucharz podobno nic nie słyszał. Myślę jednak, że gdy usłyszał strzały, po prostu podgłośnił muzykę i siedział w kuchni tak długo, aż wyciągnęła go stamtąd policja.
       Sądzę, że morderca mieszka gdzieś niedaleko i podobnie jak ja nie miał wyjścia. Może tylko był ode mnie nieco bardziej zdecydowany i nieco bardziej porywczy. Ja nawet wiem, kto to jest. Przychodzi do restauracji taki wielki chłop w garniturze. Zawsze tu przychodził. Zauważyłem, że nosi broń, chyba jest ochroniarzem, może tajniakiem.
       Kiedyś upadły mu papierosy. Zebrałem się w sobie, podszedłem do niego.
       — Papieroski panu upadły — powiedziałem i podałem mu paczkę Lucky Strików, która leżała obok na podłodze.
       Ręka skoczyła mu do olstra, ale opanował się jakoś. Puściłem do niego oko. Zbaraniał nieco, ale nic nie powiedział. Od tego dnia zawsze mówimy sobie "dzień dobry", choć nigdy nie zasiedliśmy do jednego stolika. Są rzeczy, o których dżentelmeni nie rozmawiają.
       Na ścianie powieszono jej zdjęcie w czarnej, prostej ramce. Jest na nim uśmiechnięta, służalcza i gotowa na wszystko, by zadowolić klienta. Stowarzyszenie "Bezpieczna Dzielnica" organizuje co roku pikiety pod restauracją, w rocznicę jej śmierci.
       Jadam w tej restauracji prawie codziennie od wielu lat. Wielokrotnie miałem ochotę, żeby, gdy nikt nie widzi, ukraść to zdjęcie i zniszczyć. Nie jestem jednak aż taki zdecydowany. Co by było, gdyby ktoś zauważył. Jestem tylko urzędnikiem. Po prostu siadam zawsze tak, żeby go nie widzieć.


Marek Soból

Powiązane tematycznie

Ludzie:
    Marek Soból

Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.