Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Zobacz też
PROMOCYJNE KARNETY NA KRAKOWSKĄ JESIEŃ JAZZOWĄ JUŻ W SPRZEDAŻY!!!
JAZZ@ALCHEMIA 2011
Te wspaniałe maszyny...
KUP BILET
Anthony Braxton Septet
Vandermark i Bridge 61
Relacja z piewszego koncertu, pióra Pawła Baranowskiego.

Ken Vandermark winien w Polsce już się nieźle zadomowić. Jeśli dobrze liczę obecna trasa koncertowa, to jego czwarty pobyt w naszym kraju, a szósty raz, kiedy prezentuje się w Alchemii. Będzie jeszcze siódmy i ósmy, a mini trasę kończy w Poznaniu.

To już chyba niemal zwyczaj, że co drugi pobyt w naszym kraju przywozi nowy projekt. O ile za pierwszym i trzecim razem były to zespoły dobrze znane (DKV Trio oraz The Vandermark 5), tak za drugim i obecnie zespoły nie znane z płyt (LKV Trio oraz Bridge 61). Ten ostatni w ogóle ma za sobą dopiero kilka miesięcy istnienia i kilkanaście (jeśli udało mi się znaleźć wszystkie informacje) koncertów.

Bridge 61 tworzą dwaj dobrze znani z innych grup Vandermarka muzycy - basista Nate McBride oraz perkusista Tim Daisy oraz pojawiający się pierwszy raz z Vandermarkiem klarnecista basowy Jason Stein.

Muzyka w porównaniu do...

Nie, nie będę pisał o porównaniach. Vandermark ma swoje, typowe i łatwo rozróżnialne brzmienie i to na każdym z instrumentów, na którym grywa. Nie inaczej było dzisiejszej nocy - Vandermark zabrzmiał jak... Vandermark. Jednakże pozostali dwaj doskonale znani mi muzycy, czyli Tim Daisy oraz Nate McBride również wypracowali swoje brzmienia, łatwo rozróżnialne od innych muzyków. Zaskoczeniem był dla mnie natomiast Jason Stein. Bynajmniej nie dlatego, że pierwszy raz go słyszałem, ale dlatego, że często brzmienie jego instrumentu, szczególnie grającego w wyższych rejestrach upodabniało się do brzmień saksofonowych. Przyznam, że choć instrument ten uwielbiam i nieco muzyki na nim granej znam, to z takim brzmieniem spotkałem się bodaj pierwszy raz.

Sama muzyka jest dość typowa dla Vandermarka. Dla jego podejścia do jazzu. Sporo różnych utworów, czerpiących z zupełnie różnych stylistyk. Mimo wszystko jednak, vandermarkowa podróż przez jazz nie powoduje uczucia eklektyzmu tej muzyki. Bridge 61 to drugi z zespołów Vandermarka, który prezentuje bardzo zróżnicowany materiał muzyczny. Olbrzymi potencjał muzyków procentuje możliwością zagrania obok siebie utworów, które z wielkim prawdopodobieństwem mogłyby zostać umieszczone w repertuarze jakiegokolwiek festiwalu muzyki współczesnej, z utworami o wyraźnym funkowym, czy nawet rockowym rodowodzie. To wielka umiejętność, zwłaszcza, że niezależnie od swego rodowodu grana przez zespół muzyka hipnotyzuje publiczność. Sąsiadujące ze sobą funkujące, czy nawet rockowe utwory z utworami czerpiącymi z doświadczeń muzyki współczesnej nie powodują u mnie, a sądząc po reakcji publiczności, także u innych, uczucia jakiegoś dyskomfortu. Oczywiście ostry, motoryczny funk jest inaczej odbierany niż spokojne kompozycje. Siedzący za mną gość nie tylko tupie w podłogę, ale i kopie moje kszesło, wobec powyższego kołyszę się jak na łódce podczas sztormu, a w chwilach kontemplacyjnej muzyki zamiera w bezruchu (a moje kszesło wraz z nim).

Dla mnie miarą owej hipnotycznej mocy są właście owe trudniejsze utwory, które nie powodują, że publiczność zaczyna się wiercić i rozmawiać. Ciche, skupione na szczegółach kompozycje, grane często przez Vandermarka na klarnecie w jakiś dość niepojęty, naturalny sposób pojawiają się obok kipiących energią, funkowych numerach granych przez McBride'a na sfuzowanej gitarze basowej, zaś przez Vandermarka na tenorze lub barytonie.

Spośród muzyków dnia wczorajszego, najbardziej zachwycił mnie McBride. Może dlatego, że Vandermarka i Daisy'ego doskonale już znam. Ciekawie, nieszblonowo grane podkłady basowe na gitarze basowej lub kontrabasie (akustycznym) skupiały na jego grze moją uwagę. Nieco w na uboczu grał Stein, choć zapętlające się linie melodyczne obu dęciaków to miód na moje uszy, a niejednokrotnie mogłem tego doświadczyć. I muszę odnotować jeszcze jedno - wspaniałą solówkę Daisy'ego w pierwszej części koncertu.


Paweł Baranowski, DIA PA ZON.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.