Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Zobacz też
PROMOCYJNE KARNETY NA KRAKOWSKĄ JESIEŃ JAZZOWĄ JUŻ W SPRZEDAŻY!!!
JAZZ@ALCHEMIA 2011
Te wspaniałe maszyny...
KUP BILET
Anthony Braxton Septet
Oleś/Trzaska/Oleś w Alchemii
Mam nadzieję, że koncertowe cykle na stałe zadomowić się w Alchemii. Jeszcze, jeszcze długo pamiętał będę pięć vandermarkowych nocy, ale właśnie skończył się kolejny cykl, podobnie zresztą jak poprzedni nagrywany z myślą o wydaniu płyty.

A takich cykli, w tym roku ma być co najmniej trzy. Boże daj Jackowi i Olkowi. Będzie nam fanom jazzu lepiej.

Trzy noce, które właśnie się skończyły, to mini (choć dlaczego nie maxi) festiwal zespołu Oleś/Trzaska/Oleś, zespołu, o którym w Diapazonie nigdy dosyć.

Trzy noce z Braćmi i Mikołajem, ale tym razem, trzy różne noce. Nawet nazwy poszczególnych koncertów różniły się: pierwszy to News, drugi Solo, zaś trzeci to Standards.
Środowa noc, to kontakt z zespołem prezentującym swój w większości nowy program, ale w dalszym ciągu kojarzący się z płytami, które dotychczas ukazały się nakładem Kilogram Records. Stąd też utwory na styku jazzu i kameralistyki i... tego "czegoś jeszcze". Jurek Piasecki podpowiada, że ma skojarzenia z najlepszymi latami Air. A Jurkowi - przy jego wiedzy - można ufać. Air? Jeśli nawet by tak było, to nawet dla zespołu o ugruntowanym już miejscu, dojście do tych samych, czy zbliżonych rejonów, które były eksploatowane przez Thridgilla i kolegów jest wyłącznie rekomendacją.

Na scenie zatem w zasadzie "normalne" trio OTO. Normalne, choć znów nieco inne. Tym razem układ poszczególnych utworów jest taki hmmm... piosenkarski, zaś sama muzyka bardziej wyciszona, skoncentrowana niż ostatnio. Kilka solówek zapadających w pamięć, a już szczególnie ostatnie solo Marcina. Genialne! Mikołaj, który coraz częściej sięgając po klarnet barytonowy pokazuje, że tak naprawdę to nie ma w Polsce innego muzyka równie ciekawie i nieszablonowo grającego na tym instrumencie. Zresztą nieszablonowe myślenie jest pewnym wyznacznikiem tria. Aha, uwaga - Mikołaj sięga po kolejny instrument c-melody sax. Przyznam jednak, że jak do tej pory - mimo kilku wspaniałych momentów tego koncertu - największe wrażenie na mnie zrobili swym ostatnim występem w zeszłym roku w Alchemii. Tam muzyka sięgnęła absolutu, tu była wyłącznie bardzo dobra.

Dzień drugi - solo. Wprawdzie na scenie zaprezentowali się Bartek Oleś, Marcin Oleś i Mikołaj Trzaska, ba nawet stanęli obok siebie, to jednak każdy z nich zagrał koncert solowy. Pierwszy ukazał kilka miniatur Marcin. Kilka utworów premierowych, jeden z płyty "Ornette on bass". Niesamowity zasób środków wyrazu i... kontrabas brzmiący najlepiej na świecie. Siedziałem w zasadzie w pierwszym rzędzie, nie wiem zatem jak słyszeli ci, którzy siedzieli dalej, jednakże ja usłyszałem niczym nie zniekształcone brzmienie kontrabasu. Szlachetne. Pełne. Cudowne. A że Marcin jest mistrzem nie z tej ziemi, to wydobyć z niego potrafi całą gamę dźwięków. Piękne brzmienie uzyskał natomiast nie włączając - przez zapomnienie - wzmacniacza. Potem Mikołaj. Klarnet basowy i alt. Delikatnym, niekiedy burdonowym brzmieniom klarnetu towarzyszą zgiełkliwe z furią zagrane dźwięki altu. I jeszcze przy tym hmmm... śpiewa? No, może nuci raczej, wzbogacając tym samym brzmienia swych instrumentów. Po raz któryś zresztą dochodzę do wniosku, że u Mikołaja widać, że nie jest muzykiem z wykształcenia. Nie przez warsztat. Przez malowanie dźwiękiem. Jemu gra na instrumentach służy pokazywaniu obrazów. Historyjek. Potem Bartek. Jeden utwór zaledwie. Kilka minut, których konsekwencja, dramatyzm, muzyczne zróżnicowanie obdzieliłoby nie jeden utwór, a cały koncert. Rewelacja. Ale rewelacja była jeszcze przed nami. Na scenie pojawili się wszyscy muzycy, jak się okazało, by zagrać dwa utwory. Szczególnie pierwszy z nich zapadł mi w pamięć. Wprawdzie grali wspólnie, jednakże utwór składał się z... solowych występów wszystkich muzyków. Jeśli zagrali jednocześnie, to jedynie by przejąć linię. Genialne, kameralistyczne granie. Zresztą pomimo free jazzowych momentów, oba dni mogłyby spokojnie zostać wkomponowane w jakiś koncert współczesnej kameralistyki, a myślę, że sympatycy takiej muzyki nie byliby zawiedzeni.

Dzień trzeci - przed nami standardy. Wprawdzie myślałem, że usłyszymy utwory Depeche Mode, czy Sonic Youth (kiedyś Mikołaj się odgrażał), ale... "Piece on earth". Coltrane. Mikołaj na c-melody. I gdzieś na chwilę, natchniony duch Trane'a zagościł w Alchemii. Natchnione granie Mikołaja. Wielka rzecz. Utwór się skończył, przychodzi mi myśl, że teraz... Dolphy. Dolphy? Nie ma sprawy. Alt, bas i perkusja. Free z lat 60 się kłania. Kompozycje polskie i zagraniczne. I znów przez dwa sety muzyka Braci i Mikołaja. Zdefiniowany przez nich konglomerat różnych dźwięków, tym razem w większym stopniu (w zasadniczych dwu setach) sięgających po ich jazzowe korzenie. Free jazz. Kłębią się linie melodyczne, saksofony Mikołaja to piszczą to growlują niemiłosiernie, Marcin coraz swobodniejszy, a Bartek dziś bardziej rytmiczny niż kolorystyczny niż w poprzednich dwu dniach. Potrafi łupnąć! I mimo to, zachowuje jakąś finezję. Genialna, mocna rzecz. Będę się powtarzał - nikt tak w Polsce nie gra, a i na świecie niewiele jest zespołów, mogących się z nimi liczyć. Bisy dwa. Pierwszy to niesamowita kompozycja poświęcona pamięci Jacka Oltera - "Serpent". Elegijny, cudowny utwór. Znów bliżej im do kameralistyki niż gdziekolwiek indziej, choć instrumenty i warsztat jak najbardziej jazzowy. Znów to malowanie dźwiękiem. Ta muzyka jest niebywale plastyczna. I piękna. Znów się powtarzam? To dobrze - niech zapadnie w pamięć: Oleś Trzaska/Oleś gra piękną muzykę! W najzwyklejszych kategoriach piękna. Bez żadnych podtekstów. "Serpent" to taki bis na wyciszenie. Po nim nie ma już czego zagrać. Ale to dopiero teraz burza oklasków. Zasłużonych w pełni. Cóż można jeszcze po tym zagrać. Nic! Nieprawda. Bracia i Mikołaj, a w zasadzie to Marcin ma w zanadrzu kompozycję najpiękniejszą na świecie. "Morski". Ilekroć grają ten utwór Mikołaj zapowiada, że poświęcony jest pamięci tych marynarzy, którzy nie wrócili ze swych rejsów. To dopiero malowanie dźwiękiem. Słychać syreny statków, krzyk mew, szum fal, chodzenie po piasku... Mikołaju, Bartku i Marcinie - macie w swym repertuarze utwór, który jest po prostu pięknem. Nie "piękną muzyką", ale "pięknem" właśnie. Tym razem, już nic nie wywoła muzyków na bis. Tym razem, w istocie już nic powiedzieć nie można. Już się nie da. To koniec. Nie wyobrażam sobie koncertu, który zacząłby się "Morskim", jeśli napięcie byłoby stopniowane, to wszyscy skończylibyśmy w nirwanie.


Paweł Baranowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.