Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Inne galerie
KROKE & SŁAWOMIR BERNY
Kazutoki Umezu Kiki Band
Koncert Vandermark&Daisy Duo
MECENASI ORAZ PATRONI MEDIALNI FESTIWALU KRAKOWSKA JESIEŃ JAZZOWA
Paweł Kaczmarczyk
Galeria: Podsumowanie mini festiwalu Jazz@Alchemia 2010
Siedem koncertów mini festiwalu Jazz@Alchemia 2010 to siedem oddzielnych historii.
Chciałbym od razu uniknąć popadania w sztampowe stwierdzenia, oderwać się od banalnego kwitowania muzyki, której ocena, tak przecież subiektywna, staje się siłą rzeczy mniej więcej przewidywalna, jeżeli dostatecznie poznało się już autora. W swych poprzednich relacjach nie ukrywałem pasji, rozgorączkowanego entuzjazmu wobec żywiołu, jakim jest jazz na żywo, swojej miłości do muzyków stanowiących dla mnie wzór, będących dla mnie czarodziejami sztuki, których zawsze chciałem poznać i których szczerze podziwiam. Tym razem mniej o samej muzyce, więcej za to o otaczającym ją klimacie.

Historia pierwsza.

Powietrze przeszywały elektryzujące błyskawice napiętej atmosfery wyczekiwania. Całą pierwszą część dwudziestego pierwszego dnia lutego wypełniało pytanie: „jak to będzie?”. Jak to będzie poznać legendy muzyki free? Jak będzie wyglądało pierwsze spotkanie, wymiana pierwszych zdań? Jakie to będzie uczucie wysłuchać ich muzyki na żywo tego samego wieczora? Wyładowania tych piorunów podświadomości pozwalały czasem na zacieranie rąk z podstępnym uśmieszkiem na ustach, innym razem po prostu przysmażały tyłek.

Kiedy uścisnąłem dłoń Charlesa Gayle po raz pierwszy, wiedziałem od razu, że jest to człowiek, z którym kontakty odbywają się w sposób zupełnie naturalny. W jego osobowości nie ma nic z poczucia wyższości. W rozmowie uważnie słucha interlokutora, mówi powoli, często robiąc pauzy między zdaniami, co sprawia, że słowa mają wagę. Stojąc na peronie kolejowym i witając zacnych gości projektu In Memory of Sirone, moja dłoń wycelowana została w postać wzbudzająca respekt od pierwszych sekund. Nie wiem czy jest tak za sprawą słusznej postury tego człowieka, czy może otaczającej go dość dziwacznej aury, która sprawia, że zastanawiasz się dwa razy zanim wykonasz jakiś ruch. Sunny Murray spojrzał na mnie ze zdziwieniem, lub przynajmniej z wyrazem, który tak mi się w tamtej chwili kojarzył. W końcu objął potężną, szorstką dłonią moją niepewną swego rękę, w powitalnym geście. Z zupełnie enigmatycznym jeszcze wtedy Arthurem Juini Booth wymieniłem tylko spojrzenia. Już w drodze do klubu zacząłem orientować się, że coś bardzo niepokojącego wisi w powietrzu, oraz że ma to coś wspólnego z postacią legendarnego perkusisty.

Nastał wieczór. Pierwszy, otwierający cykl koncertów jazzowych występ, planowo już powinien się zacząć, a tymczasem okazało się, że ktoś tu miał zupełnie inne plany. Dalsze wydarzenia tego wieczoru potoczyły się jak potok obrazów z niezbyt udanego snu. Ostatecznie, po licznych przygodach, zagrał duet złożony z Charlesa Gayle i Juini Booth'a. Co się stało? Sunny Murray to przede wszystkim człowiek, następnie wielki muzyk oraz legenda. Ze względu na to, należy mu się szacunek. Nie będę więc podawał szczegółów. Najogólniej rzecz ujmując, ten sędziwy już perkusista po prostu nie podołał trudom trasy koncertowej.

Koncertowanie po świecie wiąże się z wytrzymałością fizyczną i odpornością psychiczną. Pech chciał, że podczas pierwszej odsłony, sprawy wymknęły się spod kontroli dla nas wszystkich. Ale jazz, z drugiej strony, od zawsze wiązał się z ryzykiem.

Historia druga.

Przyjazd nowego projektu ze Szwecji, w którym biorą udział tak bliscy Alchemii muzycy jak Mats Gustafsson, czy Per-Åke Holmlander to rewelacja sama w sobie. Wspaniałą sprawą jest obserwować muzyków w zmieniających się składach, mierzących się z odmiennym materiałem i podziwiać ich niezwykłe adaptacyjne umiejętności.

Swedish Azz był dla mnie przede wszystkim dowodem, iż Mats Gustafsson rzeczywiście ma wiele twarzy. Jego styl gry na saksofonach jest bardzo charakterystyczny, a jeżeli charakterystyczny, to momentalnie rozpoznawalny. Jeżeli natomiast rozpoznawalny, to dość ograniczony w środkach wyrazu. Uwielbiam styl tego niesamowitego poskramiacza saksofonu, ale słuchając nagrań zastanawiałem się niejednokrotnie jak ten człowiek ćwiczy. Co robi, kiedy jest sam? Czy gra w tej samej manierze, a może dla czystej przyjemności gra zupełnie inne rzeczy?

Podczas koncertu Swedish Azz po raz pierwszy dotarło do mnie, iż Mats Gustafsson potrafi grać... melodie! Trudno mi w tej chwili pomyśleć o kimś, kto w równie amelodyjny sposób podchodzi do tematu gry na saksofonie. Jest to podejście bezkompromisowe, zupełnie jego własne, ciasne, klaustrofobiczne, a jednocześnie wspaniałe! Dlatego nie waham się nazywać Gustafssona geniuszem barytonu. Jest moim zdecydowanym faworytem wśród saksofonistów barytonowych i nikt, tak jak on, nie będzie nigdy brzmiał na tym instrumencie. Melodyjność zawarta w muzyce nowej formacji Szweda wynika z materiału źródłowego, który odnosi się do kompozycji dwóch zasłużonych kompozytorów kraju z północy. Chodzi tu o materiał pochodzący z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, dwudziestego wieku.

Zrozumiała staje się więc anachroniczna nuta, wyraźnie obecna w muzyce kwintetu. Dodatkowym atutem pozostał dla mnie fakt wykorzystywania na szeroką skalę przestrzeni generowanych za pomocą elektronicznych urządzeń, które swym wyglądem, rodem z domowej szuflady zwariowanego szatana-elektronika, stawiały w głowie słuchacza wielki znak zapytania wobec dźwięków, które może to coś wyprodukować. Rozłożone przed Gustafssonem zabawko-przeszkadzajki odpowiedzialne były za potężne fale czystego noise'u atakujące znienacka bębenki, tuż po słodkich frazach nawiązujących do jazzowej tradycji.
Pojawianie się w sposób cykliczny tych samych muzyków, w odmiennych składach, na tej samej alchemicznej scenie, nabrało dla mnie tego wieczora szczególnego znaczenia.

Historia trzecia.

Koncert powołanego do życia przez naszego wspaniałego przyjaciela z Poznania tercetu, składającego się z Michaela Zerang, Ksawerego Wójcińskiego oraz, nieznanego nam wcześniej Piotra Mełecha, był dla mnie cenną lekcją tego, jakie pułapki czyhają na artystów parających się efemerycznym tworzywem, jakim jest muzyka.

Skrzyknięci ze sobą na kształt koncept-składu przez osobę niezaangażowaną bezpośrednio w tworzenie muzyki, musieli zmierzyć się z pytaniem: „no dobrze, jesteśmy razem, mamy zagrać trasę po raz pierwszy w tym składzie i to z w pełni improwizowanym materiałem, więc co z tym wszystkim zrobić?”. To są zasady free jazzu. Taka gra. Ale jak w każdej grze czasem jesteś zwycięzcą, a czasem przegranym. Free jazz to ryzykowna gra. Muzyk jazzowy nie ma tego komfortu, by, jak pisarz, wymazać nieudane zdanie, zamienić mniej odpowiednie słowa na inne, lub jak malarz zamalować płótno i zacząć pracę na nowo. To, co robi, dzieje się w czasie rzeczywistym i nie ma odwrotu. Albo się uda, albo stajesz się ofiarą żywiołu.

Dzięki temu, że koncert w Alchemii był światową premierą próby ukazania możliwości tego składu, mieliśmy żywy przykład na to, że docieranie się poszczególnych elementów tej złożonej machiny to proces niezwykle wymagający. Dzięki temu koncertowi, oraz rozmowom bezpośrednio po nim, z Ksawerym Wójcińskim w szczególności, zrozumiałem ile wysiłku kosztuje przełamanie barier. Jak dużej odwagi wymaga przebicie klosza otaczającego każdego z nas po to, by chronić nasze wewnętrzne „ja”. Aby muzyka mogła płynąć niezakłóconym rytmem, posługiwać się swoją własną abstrakcyjną logiką, należy czym prędzej pozbyć się świadomości „ja”. To jedna z zasad gry.

Historia czwarta.

Skłamałbym, gdybym twierdził, że pojawienie się w Krakowie muzyków z zespołu Four nie stanowiło najważniejszego wydarzenia w moim marcowym kalendarium kulturalnym. Było tak głównie za sprawą Rempisa, saksofonisty z Chicago, który jest integralną częścią The Vandermark Five, zespołu, od którego zaczęła się moja przygoda z jazzem, blisko pięć lat temu, kiedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem ich na żywo w Alchemii. Zbliżył nas dodatkowo fakt, że oboje mamy małego świra na punkcie saksofonów i spędziliśmy wiele godzin na rozmowach o graniu, ćwiczeniu, oraz różnych tajnikach technicznych.

Bardzo ważną dla mnie postacią jest również Tim Daisy, a odkąd poznałem nieco bliżej Wacława Zimpla, cieszę się na każdą okazję spotkania z nim. Słowem, przyjazd zespołu miał dla mnie wymiar przede wszystkim towarzyski. Takie przynajmniej było moje założenie. Spotkać się, porozmawiać, usłyszeć co tam nowego i wspólnie się pośmiać. O tym, że muzyka będzie dobra byłem przekonany i w zasadzie w ogólne się nad tym nie zastanawiałem. Stało się jednak inaczej. To właśnie muzyka okazała się najważniejsza w tym spotkaniu. Dokładniej poszło o postać ukraińskiego kontrabasisty Marka Tokara.

Zainteresowany przeważnie podglądaniem przy pracy muzyków na instrumentach dętych, zostałem niemalże natychmiast oderwany od zwyczajowych obsesji, a moją uwagę przykuła wyobraźnia i kunszt techniczny Ukraińca. Przyznam się, że do tej pory nie doceniałem Tokara. Z wcześniejszych koncertów utkwił w mojej pamięci jako doskonały element uzupełniający tła, bez ekstrawagancji, bez czegoś specjalnego, co wyodrębniłoby jego pozycję. Tam właśnie został, w tle, ale marcowy koncert Four był jak atak przyczajonej bestii. Bezwzględnego, wprawnego drapieżnika, który w najmniej oczekiwanym momencie nagle pokazał pazury i ostre kły.

To była ogromna nauczka. Z zaskoczenia i pewnego rodzaju szoku, moje uczucia zaczęły przybierać postać szacunku, wielkiego respektu do Marka Tokara. Ukłony za to, iż będąc bardzo groźnym zawodnikiem, cechuje go wielka dyscyplina, wspaniałe wyczucie odpowiedniego miejsca i czasu. Podczas godzinnego występu z Four, Tokar przypomniał mi na czym polega prawdziwa wielkość dobrego improwizatora.

Historia piąta.

Nie wiedziałem z której strony mam ugryźć masę muzyczną tak, żeby stała się mniej ciężkostrawna, kiedy po raz pierwszy przesłuchałem materiał The Lirium Tremens. W tym czasie nie było jeszcze konkretnej daty ich koncertu, a kiedy wyobrażałem sobie ten skład w naszym klubie, naprawdę nie wiedziałem co o tym myśleć. Kiedy już doszło do spotkania okazało się ono jakąś psychodeliczną jazdą bez trzymanki. Dziewiętnastego marca spędziłem na bardzo ciekawych rozmowach z członkami zespołu, spędzając w ich towarzystwie czas tak, jak się spędza czas z kolegami. Temat wykluł się jakoś zupełnie spontanicznie i towarzyszył każdej rozmowie na jakimś jej etapie. Były to rozważania teoretyczne o muzyce, kompozycji, improwizacji. Sam wieczór upłynął na tańcach i harcach przy muzyce Rewelacyjnego Luciano i Senor Soul. To nas dodatkowo do siebie zbliżyło.

Następny dzień, dzień koncertu, okraszony był kolejną ciekawą konwersacją przy śniadaniu, a przeważająca jego część upłynęła na tak zwanych zajęciach własnych.
Na kilka minut przed koncertem do garderoby, gdzie znajdował się tylko zespół i ja, wparowała rozpalona z emocji fanka-artystka-wokalistka, ochoczo namawiając zespół do wspólnego występu, twierdząc, że „to się uda!”, zagajając „a kto jest u was na wokalu?” (he, he) i ogólnie zachowując się w tak dziwny sposób, a przy tym tak naturalnie, że patrzeliśmy na siebie nie bardzo się w zastanej sytuacji odnajdując. Bardzo to wybiło Ksawerego Wójcińskiego z równowagi, ale za to jaki dał koncert!

Był po prostu znakomity! Czuło się za tym jakąś furię w tle, ale dobrze zadziałało to dla muzyki. Gdy po koncercie wydawało się, że na ten dzień z grubsza emocji już wystarczy, na scenę wkroczyła nasza znajoma z garderoby w towarzystwie równie oryginalnej koleżanki, zachęcając zwijających sprzęt muzyków do udziału w otwartym jam session z rumuńskimi piosenkami ludowymi jako temat przewodni. Pozostała jeszcze na widowni publiczność obserwowała w osłupieniu co stanie się dalej. Zespół jednakże nie uległ presji i pospiesznie udał się do garderoby, aby trochę odetchnąć.

Dziewczyny tymczasem zdawały się przeżywać jeden z tych wieczorów, w których nic właściwie nie ma znaczenia, a za najpilniejszą sprawę uważa się spełnianie swoich zachcianek, gdyż nie czekając dłużej przystąpiły do wyśpiewania tego, co miały w duszy, całkiem zresztą pięknie, wykonując rumuńskie cygańskie pieśni. Po wszystkim, pochodzący z Bułgarii Anton Sjarov skomentował, że jeszcze nigdy nie słyszał w Polsce tak wiernego wykonania wobec oryginału.

Historia szósta.

Wyjątkowo negatywnie nastawiłem się na koncert z udziałem francuskiego gitarzysty Nguyên Lê. Byłem zły sam na siebie, bo moje podejście przypominało zapieranie się dziecka przed spróbowaniem szpinaku, tylko ze względu na mało apetyczny wygląd. Było to jednak silniejsze ode mnie. Stale towarzyszyło mi przeczucie nadciągającej klęski.

Wcześniej bowiem przesłuchałem próbek tego, co robi francuz na swej gitarze i wiedziałem, że to po prostu nie jest to, czego szukam. Ogólnie mam problem z czerpaniem przyjemności ze wsłuchiwania się w wyczyny gitarzystów i pianistów w jazzie. Ostatnimi gitarzystami, którzy mnie poruszyli byli Raphael Rogiński oraz David Stackenäs, a minęło już parę miesięcy od tego czasu. W żaden sposób nie potrafiłem sobie poradzić z tym negatywnym fatum, czego nie zmieniał nawet fakt świadomości, iż jest to coś wyssane z palca. Kiedy siedziałem już na sali podczas wieczornego koncertu, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oto dowód na to, jak pewne sprawy w muzyce określają własne granice tolerancji. Jak każda cykliczna impreza, Jazz@Alchemia miała swoje mocniejsze i słabsze punkty.

Koncert tercetu Nguyên Lê, Jacek Kochan i Chris Jennings był dla mnie najsłabszym jej ogniwem.

Historia siódma.

Finał mini festiwalu zaskoczył, jeżeli nie wszystkich, to przynajmniej większość słuchaczy, spośród regularnych bywalców klubu. Przy tym zaskoczył niezwykle pozytywnie. Już podczas wizyty Wojtka Mazolewskiego z formacją Freeyo, wyczuwaliśmy jego kipiący entuzjazm, gdy wypowiadał się o swoim kwintecie. Jego obecny skład, według lidera, jest optymalny aby uwolnić drzemiącą w środku energię.

Przekonującą próbę możliwości formacji otrzymaliśmy ostatniego dnia marca. Była to jedna z tych chwil, gdy na sam koniec pewnego ciągu zdarzeń następuje coś, co sprawia, że oddałbyś wszystko, aby okazał się on dopiero początkiem. Rzecz była groźna. Bardzo groźna. Mazolewski pokazał co się dzieje, kiedy do muzyki podejdzie z nieco mniej przymrużonym okiem. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że w tym kwintecie lider występuje jako kontrabasista. Zawsze ceniłem pomysłowość Mazolewskiego szczególne na tym instrumencie.

Twierdzę, że jego linie basu przechodzą przez jakiś inny filtr w jego wyobraźni, gdy chwyta się za większego brata gitary. Kwintet był dla mnie odkryciem, deserem, piękną ucztą. Zwracam uwagę wszystkich zainteresowanych na znakomitego młodego perkusistę, Michała Bryndala. Tego gościa trzeba śledzić! Oczarował mnie również słowacki trębacz Oscar Torok. Piękny muzyk, zdolny trębacz, cudowna wrażliwość! Cieszą takie koncerty!

Rzeczą unikatową był luźny jam session muzyków po koncercie. Takie okazje zdarzają się rzadko w środowisku bardziej doświadczonych jazzmanów. Czuło się młodość, chęci, świeżość oraz zapał studentów muzyki. Niepowstrzymana była chęć wyrzucenia z siebie nawet najbardziej absurdalnych dźwięków. Minęło parę ładnych chwil. Większość publiczności udała się już w inne miejsca. Dla garstki ludzi rozległy się nagle ze sceny małe rozrywkowe kawałki, prześmiewcze pastisze, czy niedookreślone szczątkowe pomysły. Zajrzałem z lekkim niedowierzaniem z powrotem na scenę błyskawicznie ulegając czarowi rozbrajającej atmosfery spontanicznego muzykowania. Rozsiedliśmy się, gadaliśmy, słuchaliśmy jeszcze parę godzin. Chciałem żeby ten wieczór, ta festiwalowa atmosfera, nigdy nie dobiegła końca...

Brunon Bierżeniuk



Gayle/Juini Booth Duo, fot. Krzysztof Penarski
Gayle/Juini Booth Duo, fot. Krzysztof Penarski
Gayle/Juini Booth Duo, fot. Krzysztof Penarski
Gayle/Juini Booth Duo, fot. Krzysztof Penarski
Swedish Azz, fot. Krzysztof Penarski
Swedish Azz, fot. Krzysztof Penarski
Swedish Azz, fot. Krzysztof Penarski
Swedish Azz, fot. Krzysztof Penarski
Swedish Azz, fot. Krzysztof Penarski
więcej »
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.