  |  |  |  |  |  | | Relacja z koncertu |  |
 | Geneza Freeyo jest równie nieokreślona i płynna w pamięci założycieli jak ich podejście do koncertu jako zwartej, logicznej formy. |  |  | Grający od piętnastu lat na saksofonach, gruntownie wykształcony muzyk po dyrygenturze, Ireneusz Wojtczak, rzucił hasło założenia zespołu do swych knajpianych towarzyszy w oparach dymu papierosowego i przy prawie już pustych szklankach oranżady. Czujne ucho basisty i kompozytora Wojtka Mazolewskiego wyłapało ową luźno wypowiedzianą myśl i coś kazało mu ją dokładnie zapamiętać na później, mimo iż papierosy paliło się tego wieczora wybornie, a oranżada smakowała jak nigdy. Kiedy nadeszła nieuchronna konieczność zajęcia się w końcu czymś poważniejszym, skrzyknął Wojtczaka i perkusistę Michała Gosa na zebranie i, dzięki burzy mózgów tych trzech artystów, powołane zostało do życia nowe stworzonko.
Freeyo to kolektyw, który bardzo wziął sobie do serc szacunek do swojej i czyjejś wolności, a nade wszystko, do wolności sztuki. Nie stara się wpasować w określony styl, nie interesuje go idiom muzyczny, jest Free, Yo! Dla tych, którzy w równym stopniu co ja reagują z niechęcią na wszelkie makaronizmy lawinowo zalewające nasz język ojczysty, jakby był jakiś gorszy, lub nielegalny i należy go koniecznie czymś zatuszować, powiem po prostu po naszemu – Freeyo to Wolność. Tylko tyle i aż tyle.
W przewrotny sposób ubierając się od czasu do czasu w jednakowe garnitury-uniformy, chcą zwrócić uwagę na śmieszność tego typu zabiegów marketingowej identyfikacji, zderzając to jak wyglądają, z tym jak grają. Każdy z muzyków ma nieustający kredyt zaufania udzielony przez kolegów oraz przeświadczenie, iż cokolwiek wpadnie im do głowy podczas występu, chociażby były to najbardziej spontaniczne pomysły, zostaną one przyjęte przez resztę jak ich własne. Dzięki temu ta muzyka oddycha, chodzi, popełnia błędy, ale ma również swoje dobre dni błyszcząc geniuszem.
Od pierwszych chwil publiczność zgromadzona w Alchemii uległa atmosferze, dając się zaprosić do przygody. Skoncentrowany na swoich bębnach Gos, walił po nich w rozszalałych rytmach, nie zaniedbując żadnego z elementów swego instrumentu. Zwyczajowo aktywny scenicznie Mazolewski wymyślał co raz to nowe patenty nadając akcentami w sekretnym kodzie komunikacyjnym opracowanym przez zespół. Niespokojny, prowokacyjny i innowacyjny Wojtczak, kiedy nie grał na saksofonach, łaził w kółko po scenie, opowiadał jakieś niezrozumiałe historyjki, mruczał coś pod nosem lub śpiewał. Zespół zagrał dwa bisy. Podczas drugiego z nich Wojtczak „zagrał” coś, co nazwałem najbardziej awangardowym solo saksofonowym w historii jazzu - nie zagrał bowiem nic! Przez parę minut pozował tylko z saksem, jakby odwalał właśnie kawał dobrej roboty. Jak dziecko. I ta właśnie frywolność bardzo nas ujęła. Było zabawnie, energetycznie, rasowo i swobodnie!
Brunon Bierżeniuk
|  |
|  |  |
|  |
 |