Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Inne galerie
KROKE & SŁAWOMIR BERNY
Kazutoki Umezu Kiki Band
Koncert Vandermark&Daisy Duo
MECENASI ORAZ PATRONI MEDIALNI FESTIWALU KRAKOWSKA JESIEŃ JAZZOWA
Paweł Kaczmarczyk
Galeria: Brunon Bierżeniuk o Krakowskiej Jesieni Jazzowej
Relacja z koncertu Viktor Tóth Trio, 22 listopada 2009
Wyjątkowo klasyczny w wyrazie, nastrojowy, lecz pozbawiony niespodzianek materiał zaprezentował tercet z Węgier pod przywództwem Viktora Tótha.
Tym samym po raz pierwszy odczuć się dało, iż festiwal Krakowska Jesień Jazzowa ma się ku końcowi. Miało się nieodparte wrażenie, że to, co najlepsze jest już za nami. Siedząc w pierwszym rzędzie ciasnej alchemicznej sali koncertowej słuchałem pierwszej części koncertu Węgrów Viktora Tótha, Mátyása Szanday oraz György’a Jaszenszky’ego z rosnącym sentymentem wracając do przeżyć związanych z poprzednimi znakomitościami jak koncert duetu Nilssen-Love/Vandermark, zespołu Hera, dni spędzonych z muzyką orkiestry Resonance czy niesamowitym Basement Research. Myślałem o tym coraz intensywniej, gdyż nic nie odrywało mnie od tych wspomnień. Po raz pierwszy od, nie do końca udanego, koncertu tercetu Tony’ego Wraftera pojawiły się dłużyzny, mało ciekawe improwizacje, brak pomysłów na zbudowanie atmosfery występu. Podobnie jak w przypadku składu prowadzonego przez Irlandczyka w pierwszej części występu nic nie kleiło się do kupy, panował nieprzyjemny chaos, a improwizacja poważnie trąciła nudą. Oba składy w ten sam sposób odstawały pod względem poziomu opanowania żywiołu improwizacji i scenicznej komunikacji. Znając, mniej więcej, sytuację współczesnego jazzu na Węgrzech wyobrażałem sobie, że zespół, który skutecznie wyrywa się z tamtejszych schematów i podróżuje dużo po Europie koncertując, będzie grupą ludzi spragnionych eksperymentów, pełnych entuzjazmu i oryginalnych pomysłów, aby odreagować jakoś po zastygłej atmosferze krajowej sceny. Tymczasem tercet Viktora Tótha zdawał się kontynuować to, od czego, wydawać by się mogło, chce uciec…

Kontynuując ciąg zbieżności z tercetem Wraftera, muzyka w drugiej części koncertu okazała się być zupełnie inna. Te dwa zespoły to bracia bliźniacy cierpiący na klasyczną schizofrenię! Jakby nie pamiętając zupełnie co się wydarzyło kilkanaście minut wcześniej, Viktor Tóth Trio wpadło na scenę zupełnie przemienione, atakując nas silną dawką wrażeń, które jedną przeciągłą nutą saksofonisty wymazały uprzednie rozczarowanie. Zaczęła się całkiem ciekawa jatka solówek Tótha, a kontrabasista Mátyás Szanday i perkusista György Jaszenszky obudzili się ze snu i poczęli wtórować liderowi godnym akompaniamentem. Wszelkie sentymenty odrzuciłem od razu na bok i wciągnąłem się w węgierską opowieść w stu procentach.

Viktor Tóth to saksofonista melodyjnego grania, który szuka harmonii nawet tam, gdzie inni soliści odlatują daleko od muzycznej teorii i dają się ponieść spontanicznym impresjom. Tóth kontroluje swą grę przez cały czas i stara się dobrać odpowiedni zestaw interwałów w każdej sytuacji muzycznej. Tym samym bliżej mu do szkoły jazzu modalnego, gdzie całość zdarzeń opiera się na ściśle ustalonych wzorcach harmonicznych, co uważam za jego najpoważniejszą wadę. Drugim mankamentem jest jego chęć zerwania okowy gry harmonicznej na rzecz sonorystyki, ponieważ słuchając tych rzadkich wprawdzie momentów, ma się wrażenie, że nie jest to jego świat i nie bardzo potrafi się w nim odnaleźć. Brzmiało to trochę na siłę. Powiedzieć jednak trzeba, iż jeżeli skupić się na melodycznej stronie jego muzycznej wyobraźni, to jest Tóth saksofonistą bardzo sprawnym, o wspaniałym warsztacie, niepozbawionym polotu.

Zespołowi koledzy stanowili sekcję rytmiczną rodem z przeciętnego klubu jazzowego dla starszych pań i panów, gdzie odgrywa się standardy gatunku do tak zwanego kotleta. Podczas całego festiwalu nie słyszałem jeszcze tak mało interesującej sekcji rytmicznej, zamkniętej absolutnie w ciasno pojętej tradycji. Wszystko to, co robili panowie Szanday i Jaszenszky było z góry przewidywalne. W drugiej części koncertu byli w stanie jednak odpowiedzieć całkiem ciekawą narracją wobec wyczynów solowych lidera składu, używając do tego czystych, klasycznych środków. Przyjmując, że zespół chciał stworzyć przestrzeń, która od bardzo dawna nie pachnie już jakąkolwiek awangardą, udało im się ten cel osiągnąć.

Jednakże pomimo owych poważnych zarzutów muszę przyznać, że podczas drugiej części koncertu bawiłem się dobrze. Przede wszystkim tempo znacznie przyspieszyło, improwizacja nabrała pewnej wciągającej dramaturgii, a partie solowe urozmaicone były wspomnianymi wcześniej próbami przełamania schematów grania opartego na harmonii. Dość ciekawie również rozwijały się poszczególne kompozycje ad hoc, zdradzając przebłyski genialnych pomysłów na jazzowy mariaż z rockiem. Intrygujący aspekt nie został niestety pociągnięty do końca i nie można było uzyskać odpowiedzi na pytanie co z tym można dalej zrobić. Kilka świetnych motywów wynikłych podczas improwizacji rozmyło się po prostu gdzieś w potoku kolejnych nut. Myślę jednak, że ta część publiczności, która lubuje się w melodiach, w określonym rytmie, w bezpiecznie zakrojonych i z rezerwą odegranych partiach solowych, uznać mogła ten koncert za w całości dobry. Ja osobiście, aby wejrzeć głębiej w zaprezentowaną muzykę tercetu, musiałem przestawić swój sposób myślenia i skoncentrować się na odbiorze nastawionym na relaks i kilka ładnych melodii, bez jakichkolwiek wyzwań. Mimo, że nie jest to moim celem przychodząc na koncerty do Alchemii, artystom z Węgier udało się miło połechtać również moje bębenki.

Różnorodność, jaka zakreślona była w planie programowym Krakowskiej Jesieni Jazzowej, sprawia, że czasem można wyjść z koncertu z poczuciem zawodu. Dzięki drugiej części koncertu nie mogę powiedzieć, że wyniosłem z niego to właśnie uczucie. Bardziej kojarzy mi się on dzisiaj z miłą chwilą odpoczynku od form trudniejszych i przemyślanych w bardziej ambitny sposób, co miało w sumie swój urok. Była to po prostu krótka pauza służąca temu by nabrać nowych sił, spotkać się ze znajomymi, z którymi zazwyczaj trudno jest porozmawiać dłużej mając jeszcze w pamięci świeżo przeżyty koncert muzyki improwizowanej oraz nacieszyć się kilkoma standardami i ładnymi liniami melodycznymi. W perspektywie całego festiwalu był to jednak koncert zdecydowanie najsłabszy.


Brunon Bierżeniuk


fot. Jan Witkowski,


jw-i@wp.pl




 
 
 
 
 
 
 
 
 
więcej »
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.