Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Inne galerie
KROKE & SŁAWOMIR BERNY
Kazutoki Umezu Kiki Band
Koncert Vandermark&Daisy Duo
MECENASI ORAZ PATRONI MEDIALNI FESTIWALU KRAKOWSKA JESIEŃ JAZZOWA
Paweł Kaczmarczyk
Galeria: Brunon Bierżeniuk o Krakowskiej Jesieni Jazzowej
Relacja z koncertu William Parker Trio, 15 listopada 2009
Nigdy nie byłem na koncercie The Art Ensemble of Chicago, chociaż zawsze chciałem wiedzieć jak to jest słyszeć taką muzykę na żywo.
Po przeżyciach związanych z koncertem Williama Parkera, Roy’a Campbella, Jr. i Michaela Wimberly czuję jakbym uzyskał pewną wiedzę na ten temat.

Pierwotnie w planach mieliśmy prezentację tercetu składającego się z Parkera, Campbella i Hamida Drake’a. Niestety ten ostatni, z przyczyn od nas niezależnych, nie dojechał do Polski. Niemożliwego do zrealizowania zadania zastąpienia słynnego perkusisty podjął się odważnie Michael Wimberly. Wiadomo, że taka zmiana musiała wpłynąć na muzykę i że będzie ona brzmiała inaczej. Wimberly jednakże dobrze się spisał. Była inna chemia, a zespół może trochę złagodniał, ale nie brakowało w zasadzie niczego. Wspomnieć jednak muszę, że nie od początku muzyka do mnie przemówiła. Byłem nawet z początku trochę krytycznie nastawiony, ponieważ w pierwszym utworze odbył się pewien ustalony, jakby rytualny porządek, czyli temat przewodni, następnie solo Campbella, potem część, w której grał Parker w duecie z Wimberly, podczas której trębacz sięgał po różnego rodzaju małe przedmioty perkusyjne i wspomagał sekcję rytmiczną. Kiedy podczas wykonywania drugiej kompozycji zauważyłem dokładnie ten sam schemat pomyślałem, że coś tutaj chyba nie do końca jest dobrze. Omawiany utwór szybko odwrócił jednak moją uwagę oczarowując mnie elementami rdzennej muzyki afrykańskiej, która roztoczyła swoją magiczną moc na całą salę koncertową Muzeum Manggha. Potem było już tylko lepiej.

Od początku występu prym na scenie wiódł Roy Campbell Junior. Będąc człowiekiem zrelaksowanym, dowcipnym, otwartym, posiadającym ciepły niski głos był naturalnym kandydatem na prowadzącego wydarzenie wodzireja. Każdy kolejny utwór poprzedzony był więc dłuższym lub krótszym wstępem. Przypomniało mi to od razu o tych kilku koncertach, których byłem świadkiem, nieistniejącej już znakomitej wrocławskiej formacji Robotobibok, a to z tego powodu, że był to jedyny zespół jazzowy, jaki znam, którego gitarzysta miał zwyczaj zapowiadać utwory, opowiadając jakieś zabawne historyjki i traktując je jako opis tego o czym mówią dźwięki, które będą za chwilę zagrane. Zapowiadając kolejny utwór Campbell dedykował go trzem wielkim ludziom walczącym o prawa człowieka. Zatytułowany był Malcolm, Martin i Mandela. Bardzo byłem zaskoczony, kiedy po solówce podszedł do mikrofonu i zaczął śpiewać. Bądź co bądź takie rzeczy zdarzają się dość rzadko w tego typu muzyce. Rozbawiło mnie to bardzo. Tekst, jak się łatwo domyślić, mówił o owych trzech postaciach historii współczesnej. Zabawa wynikała z ogólnego wrażenia, jakie odniosłem słuchając tej pokręconej „piosenki”, gdyż brzmiała ona jak improwizowana próba młodego garażowego zespołu. Nic się nie kleiło, a równocześnie miało sens… Taki efekt wprawił mnie zarówno w dobry nastrój do tańca, jak też wzbudził podziw do muzyków, którzy mimo tych wszystkich lat na scenie potrafią zachować nastoletnią spontaniczność. To było wielkie!

Do tańca rozbujał mnie również wspaniały William Parker swoimi basowymi riffami. Mistrz budowania nastroju! Nie dało się po prostu nie tupać nogą do rytmu, czy nieświadomie kiwać głową. O tym, że był osobą prowadzącą zespół świadczył wyłącznie fakt poświęcanej jego grze uwagi ze strony Wimberga. Komunikacja na scenie była owiana tajemnicą, której nie udało mi się do końca rozwikłać. Praktycznie bez kontaktu wzrokowego czy gestów muzyka płynęła gładko, niczym w pełni skomponowane dzieło. Spośród solowych popisów kontrabasisty zachwycił mnie fragment, w którym artysta skorzystał z dwóch smyczków równocześnie. Kilka słów wyjaśnienia. W dolnej części kontrabasu znajduje się element podtrzymujący struny, które na nim spoczywają. Część ta zwana jest mostkiem. Nad nim rozkładają się struny tworzące tak zwaną menzurę, czyli innymi słowy akcję strun, na przestrzeni której muzyk kontroluje wysokość dźwięku i szarpie je by wydać dźwięk. Poniżej mostka znajdują się same końcówki strun, które zamocowane są do zaczepów u dołu pudła rezonansowego. Grając dwoma smyczkami Parker jednym z nich poruszał struny nad mostkiem, a drugim pod mostkiem w tym samym czasie. Wygenerowany dźwięk był niesamowity! Dla mnie podobny do zabawy elektronicznym urządzeniem podłogowym używanym czasem do gitary o nazwie oktawer, który pozwala na efekt dublowania danego dźwięku granego przez muzyka w wyższej lub niższej oktawie. No dobrze. Dość tych opisów. Chciałem tylko powiedzieć, że takiego czegoś jeszcze nie widziałem i nie słyszałem na kontrabasie. Fenomenalny efekt! To również było wielkie!

Michael Wimberly to perkusista bardzo sprawny technicznie. Jego gra była dość subtelna, porównując styl do takich wymiataczy jak Hamid Drake. Nie zdominował więc przestrzeni i nie zagarnął jej dla siebie. Jak już wspomniałem wcześniej ogromną wagę przywiązywał do tego co robił Parker. Kiedy wypuszczał się na wody swobodnej improwizacji solowej dawał nam do zrozumienia, że drzemie w nim ogromny potencjał twórczy, który z jakiegoś powodu trzymany był na wodzy. Czuło się jednakże powietrze. Polirytmiczne wyczyny Amerykanina wzbudzały respekt. Najbardziej zapamiętałem długą interakcję między nim, a Parkerem, kiedy ten ostatni chwycił za rzadki tunezyjski instrument zukrah rozpoczynając pasaż, który trwać miał kolejnych dziesięć minut. Trans, w który mnie owa improwizacja wprowadziła przerwany został kolejną opowieścią zaśpiewaną przez Campbella. Tym razem chodziło o smutną opowieść z życia wziętą. Jak wyjaśnił nam trębacz przed wykonaniem utworu, pewien uliczny skrzypek pochodzący z Afryki został pomyłkowo rozstrzelany ponad czterdziestoma pociskami przez nowojorską policję podczas rutynowego zatrzymania. Zdaję sobie sprawę jak groteskowo to wszystko brzmi. No cóż, tak ponoć było. Nie zdziwiłbym się gdyby policjantami okazali się być wyłącznie biali funkcjonariusze. W nastroju smutna ballada przewrotnie rozbawiła swoją pozornie nieudolną formą, tak jak poprzednia pieśń.

Powracając na koniec do tematu rasy chciałbym wyrazić swój żal z powodu faktu, iż trio z Ameryki było jedynym składem czarnoskórych muzyków przewidzianym w programie Krakowskiej Jesieni Jazzowej. Należałoby wprowadzić w przyszłości większą ilość takiego jazzu. Różni się on znacząco od amerykańskiego jazzu proponowanego przez białych muzyków, a już bardzo od muzyki artystów europejskich. Jest coś uwodzicielskiego w afrykańskich rytmach, coś głęboko poruszającego w spokoju i pewności, z jaką podchodzą afro amerykanie do jazzowej improwizacji. Słowem czuje się, kiedy się to słyszy, że muzyka ta została wymyślona przez czarnoskórych wizjonerów.


Brunon Bierżeniuk


fot. Jan Witkowski,


jw-i@wp.pl






 
 
 
 
 
 
 
 
 
więcej »
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.