Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Inne galerie
MUSICA PICTURA ERIT - MUZYKA OBRAZEM BĘDZIE
Paul Brody w Alchemii
Koncert Vandermark&Daisy Duo
Maciej Boksa - wystawa fotografii
Recenzja płyty SAMA
Galeria: Brunon Bierżeniuk o Krakowskiej Jesieni Jazzowej
Relacja z koncertu Valentine Trio, 12 listopada 2009
Ukryty gdzieś z tyłu szum efektów gitarowych deformujących poważnie sygnał wiolonczeli i gitary, a przy tym dużo melodii oraz skomplikowanej zabawy strukturą kompozycji.
Tak w skrócie mógłbym opisać pomysł na muzykę nowej formacji Valentine Trio.

Lider zespołu, Fred Lonberg-Holm, spotkał się z kontrabasistą Patric’kiem Thormanem oraz gitarzystą Davidem Stackenäsem w dniu poprzedzającym koncert, by odbyć pierwszą próbę skomponowanego materiału. Skład ten nigdy wcześniej ze sobą nie pracował, chociaż osobiście muzycy znają się już parę lat. Dodając próbę przed samym koncertem cały proces przygotowań zajął zaledwie kilka godzin. Przyrównałbym to spotkanie, pod względem jego spontaniczności warsztatowej, do udziału perkusisty Tima Daisy w koncercie kwintetu Gebharda Ullmanna, o którym już kiedyś pisałem. To jedna z pięknych stron tego rodzaju muzyki. Lonberg-Holm, Thorman i Stackenäs po prostu rozłożyli baterię efektów podłogowych, przygotowali swoje instrumenty i rozpoczęli wspólną zabawę muzyczną plasteliną. Po ich minach widać było, że bawili się dobrze.

Interesujące było użycie dających ogromne pole popisu efektów przez Lonberg-Holma i Stackenäsa. Wbrew bowiem przypuszczeniom nie doszło do eksploatacji ich w czysto noiseowym stylu, a wręcz przeciwnie – muzycy wykazali się ogromną dyscypliną wobec wszelkich pokus podkręcenia gałki głośności. Styl gitarowych patentów szwedzkiego artysty przywodził na myśl dźwięki produkowane niegdyś przez wielkich innowatorów techniki z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, mnóstwo więc było perkusyjnie potraktowanej gry rytmicznej, rejestrów spoza naturalnej skali instrumentu oraz konsekwentnego unikania wszystkiego, co mogłoby przypominać czysto brzmiący akord. Nawet mocno przesterowany sygnał kontrolowany był przez muzyka, tak, by nie zagłuszyć poczynań swoich kolegów. Ogólnie jego partie zaliczały się do grona onirycznych, abstrakcyjnych, kiedy grał podkłady, w częściach solowych natomiast charakteryzował się melodyjnością fraz, granych jednak z dużą powściągliwością w dbałości o przestrzeń między kolejnymi nutami. Ulubioną zabawą wiolonczelisty, było wykorzystanie dodatkowego instrumentu, jakim stało się urządzenie rejestrujące krótkie fragmenty granych przez niego motywów, na które to loopy nakładał kolejne ścieżki. O ile podbarwione lub podsterowane gitary nikogo nie są już w stanie zaskoczyć, o tyle Lonberg-Holm jest jednym z niewielu muzyków używających efektów podłogowych do modulacji barwy wiolonczeli w takim stopniu. Ponieważ jest to instrument bezprogowy, kiedy gra się na nim smyczkiem można uzyskać bardzo odmienne od gitarowych rezultaty. Z tej perspektywy połączenie, które wymyśliło Valentine Trio było połączeniem szczęśliwym. Dzięki efektom w tle wiele się działo, co dodało smaczku kontrastującego z akustycznymi brzmieniami, równocześnie nie wypierając tych ostatnich w żaden sposób. Było to ciekawe osiągnięcie, gdyż naturalny dźwięk wynikający z akustyki instrumentów, mieszał się z magmą elektronicznych barw ze wzmacniaczy.

Patric Thorman wspomagał muzykę dostarczając frenetycznego podkładu basowego, który był tak złożony, że stanowił w istocie materiał na koncert solo na kontrabas. Słychać było, iż basista opracował technikę typowego jazzowego pochodu basowego do perfekcji. Stosunkowo niewiele robił, by od tego uciec, mimo to jednak pozostawił po sobie wrażenie muzyka awangardowego. Dopasowując się jakoby do reszty zespołu grał na wpół akustycznie, sygnał ze wzmacniacza ustawiając na niskim poziomie słyszalności.

Złożoność stanowiła najbardziej charakterystyczny rys zaprezentowanych utworów. Nie było podziału na poszczególne fragmenty solowe, ale w zamian rzeczy, które odgrywali muzycy były takowymi partiami nakładającymi się na siebie. Doskonale łączyło się to z motywami zapisanymi w nutach, których obecność była utrzymana w standardowych proporcjach i głównie dotyczyła otwierających i zamykających kompozycje tematów. Gdyby oddzielić każdego z muzyków i posłuchać ich osobno, odniosłoby się pewnie wrażenie, że to trzy koncerty solowe, których słuchamy w tym samym miejscu, w tym samym czasie. Przy tym nie dochodziło do jakiegokolwiek konfliktu. Program był pełen niespodzianek. Przeważał oryginalny materiał, ale było też kilka muzycznych cytatów. Do najciekawszych zaliczam zapożyczone motywy z piosenki Arnold Layne Pink Floyd, nagranej jeszcze z Sydem Barrettem. Ogólna inspiracją dla zespołu i jego muzyki były dokonania rewolucyjnego wiolonczelisty Freda Katza, który jako jeden z pierwszych udowodnił ogromny potencjał instrumentu w konwencji jazzowej.

Forma zaprezentowana przez Valentine Trio była formą skomplikowaną, bogatą w eksperymenty, wymagającą przez to dużego skupienia przy odbiorze. Stosunkowo spora ilość melodii przenikała się z graniem niemelodyjnych konstrukcji. Była to zabawa w przewrotne kłanianie się konwencji, która pojawiała się tylko po to, by można ją było złamać i przekroczyć, aby pokazać zupełnie nowe, świeże podejście do kompozycji. Zespół ma ogromny potencjał i mam nadzieję, że wkrótce powróci znowu do miejsca, w którym znalazł swój początek, z jeszcze bardziej dojrzałą i ciekawą propozycją.


Brunon Bierżeniuk


fot. Jan Witkowski,


jw-i@wp.pl






 
 
 
 
 
 
 
 
 
więcej »
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.