Galeria: Brunon Bierżeniuk o Krakowskiej Jesieni Jazzowej
Relacja z koncertu Lee Sloan Solo, 7 listopada 2009
Festiwalowa trzynastka, zgodnie z zapowiedzią pana Marka Winiarskiego, nie okazała się być pechową.
Wręcz przeciwnie – wyróżniła się jedynym koncertem solowym, jaki przyjdzie nam zobaczyć w jego ramach...
Na wstępie chciałbym się przyznać, że nie za bardzo wiem co powiedzieć… O ile nie jestem entuzjastą fortepianu w połączeniu z improwizacją jazzową, o czym już na pewno wspomniałem wcześniej, o tyle niezwykle mnie porusza, kiedy słyszę występ solowy na ten instrument. Porusza mnie jednakże w specyficzny sposób. Potencjał ilustracyjny, jaki posiada fortepian, stanowi dla mnie zawsze zaproszenie do zanurzenia się we własnym wewnętrznym świecie wizji, jak we śnie. Można więc powiedzieć, iż zasnąłem. Zapomniałem zupełnie, że powinienem skupić się na koncercie jako wydarzeniu, aby móc cokolwiek o nim dla was napisać. Jestem więc bezbronny. Poddaje się.
Wyłożenie się z treści moich przemyśleń i odbytych podróży wewnętrznych mija się z celem. Muzyka musiała być dobra skoro sprawiła, że zabrnąłem tam, gdzie zabrnąłem. Jeżeli światła gasną, a ty czujesz się chociaż w najmniejszym stopniu zmieniony lub chociaż zainspirowany do wprowadzenia zmian, oznacza to, iż spędziłeś czas w odpowiednim miejscu, z odpowiednim towarzystwem. Przez cały czas trwania koncertu rzutnik wyświetlał na nierównej ceglanej powierzchni obraz z kamery. Kamera rejestrowała natomiast manuał i pracę dłoni artysty. Publiczność była skupiona i czułem, że wciągnęła się w narrację pianisty. Wieczór rozbił się o język klasycznego podejścia do gry. Intencją artysty była pierwotnie zabawa barwą poprzez generator efektów, który miał grać rolę dopełnienia oraz zaskoczenia w pewnych momentach. Niestety, z powodów czysto technicznych, nie udało się tego zrealizować. Na strunach fortepianu tylko podczas jednej improwizacji znalazły swoje miejsce filcowe pałki, gdy twórca zdecydował się na odrobinę perkusyjnej ekspresji. W innym momencie Sloan użył dłoni, by poruszyć struny jak przy grze na lirze, ale na tym koniec. Reszta akcji odbywała się na czarnych i białych elementach klawiatury. Było to dla mnie osobiście pewną ujmą. Ograniczył się bowiem zakres działań, a co za tym idzie forma automatycznie się uklasyczniła. Być może dlatego bardzo szybko przestałem wnikać w kwestie techniczne, w zamian po prostu rozpłynąłem się w dźwiękach nie zastanawiając się nad ich naturą. Mój umysł bez oporów popłynął zgodnie z nurtem. W zasadzie o to właśnie chodzi. Zgoda. Tyle, że po tym człowiek może mówić wyłącznie o swoich subiektywnych wrażeniach.
Po dawce intensywnych przeżyć, jaką były koncerty Resonance, przydała się chwila przerwy. Powrót do festiwalowych wydarzeń od razu postawił poprzeczkę wysoko. Nie tylko dla grającego artysty forma solowa jest najtrudniejszą z możliwych, ale podkreślić trzeba, że dla samego odbiorcy stanowi pewne wyzwanie. Miło jest w tak wymagającej atmosferze otworzyć się na kolejną porcję muzycznych doznań. Wnosząc po stylu, w jakim festiwal poradził sobie z trzynastym koncertem z rzędu, stwierdzić należy, że pech się tej imprezy nie trzyma.