Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Inne galerie
KROKE & SŁAWOMIR BERNY
Kazutoki Umezu Kiki Band
Koncert Vandermark&Daisy Duo
MECENASI ORAZ PATRONI MEDIALNI FESTIWALU KRAKOWSKA JESIEŃ JAZZOWA
Paweł Kaczmarczyk
Galeria: Brunon Bierżeniuk o Krakowskiej Jesieni Jazzowej
Trzy dni z Tentetem Resonance 19, 20, 21 października 2009
Rezonans alchemicznych murów - trzy dni tentetu Resonance na krakowskiej jesieni w pigułce.
Dzień pierwszy.

Poniedziałek – pierwszy dzień pobytu Resonance w Krakowie - upłynął na nerwowym, ale zarazem pełnym ekscytacji oczekiwaniu na przybycie muzyków do Alchemii. Mikołaj Trzaska utkwił gdzieś na warszawskim lotnisku, gdzie dowiedział się, iż jego lotu na południe nie będzie, Ken Vandermark spieszył do nas z odległego Oslo, a Per-Âke Holmlander w drodze ze Sztokholmu porwany został przez załogę, aby pokrążyć dwie godziny nad Kopenhagą z powodu trudnych warunków atmosferycznych. Owe okoliczności, w zasadzie dość typowe kiedy podróżuje się po całym świecie dając koncerty, złożyły się na nietypową sytuację zebrania się do kupy muzyków dopiero na godzinę wyznaczoną jako początek pierwszego koncertu. Wiedząc o tym, iż na próbę nie ma szans, cała reszta, która wcześniej była na miejscu postanowiła się wyluzować i zająć się swoimi sprawami, co zazwyczaj sprowadzało się do buszowania po Internecie lub rozmów telefonicznych.

Od pierwszej, aż do teraz jedynej, wizyty Resonance w Polsce upłynęły dwa lata i mimo to, że czasu było mniej niż poprzednim razem o połowę, zdecydowano się na podobną metodologię. Z biegu więc niemalże, rozłożono wieczór na trzy części, w których ustalone konfiguracje muzyków wypełnić miały oddaną im czasoprzestrzeń. Tak miało być przez dwa pierwsze dni, a na zakończenie, dnia trzeciego odbyć się miał wielki koncert finałowy w pełnym składzie. Od razu rzuca się zatem w oczy niepowtarzalna atmosfera tak przygotowanego scenariusza. Coś, co może bardziej pasuje do definicji warsztatów muzycznych, niż serii koncertów jazzowych. Motywy stojące za takim, a nie innym składem poszczególnych małych grup, przynajmniej na razie, pozostawały nieznane.

Na pierwszy ogień poszedł kwartet Dave Rempis, Magnus Broo, Mark Tokar, Michael Zerang. W dosłownym tego słowa znaczeniu, bo już od pierwszych chwil odczuć się dało, iż zespół ma ochotę na mocne dźwięki i nie będzie się przy tym oszczędzał. Zarówno Broo, jak i Rempis, udzielili nam szybkiego kursu po patentach, których ta para lubi używać, kiedy energia chce za wszelką cenę wydostać się za pomocą instrumentów. Kto słyszał już kiedyś tych muzyków, powinien już wiedzieć z czym się taki apetyt wiąże. Zerang dokonywał rzeczy niebywałych! To był mój pierwszy raz, kiedy mogłem go zobaczyć na żywo i niemalże od razu pozyskał mój podziw. Jest to absolutny mistrz rytmów! Różnorodność stylów, które prezentuje perkusista są, jak mi się wydaje, wynikiem biegłości po rytmice związanej nie tylko z muzyką amerykańską, ale również znajomości stylów afrykańskich, czy tych popularnych na bliskim wschodzie.

Po kalejdoskopie pomysłów na rytmy, harmonię, sposobów na wydobycie jak najdzikszych dźwięków z instrumentów dętych oraz krótkiej przerwie, na scenie pojawił się duet lidera oraz najnowszego członka tentetu, który zastąpił tym samym saksofonistę Yuriy Yeremchuka, Wacława Zimpela. Ten wybitny klarnecista jest drugą, obok Mikołaja Trzaski, osobą z naszego kraju zaangażowaną w projekt. Zmieniło to nieco chemię i możliwości stricte muzyczne, ale od osób, które były obecne przy pierwszej odsłonie dwa lata temu, słyszałem same pochlebne uwagi na temat tej decyzji. W pierwszych chwilach pomyślałem, iż odetchniemy po surowej lekcji sonorystyki antenatów. Myliłem się na całym froncie. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie otrzymałem od duetu klarnetowego! Charakterystyczną cechą tego instrumentu jest to, że kiedy pompuje się w niego porządną kolumnę powietrza, aby spowodować przedęcie, czyli nazwijmy to pewnego rodzaju przesterowanie, słyszalny staje się głos samego muzyka, który wtóruje powstającej fali, jakoby ją uzupełniając. Dążę do tego, że gdy z dwóch klarnetów posypała się wiązka przedętych dźwięków, ów tajemniczy dodatkowy składnik słyszalny był tak intensywnie, że sprawiał wrażenie, że to dźwięk w twojej głowie. Wielkie to na mnie wywarło działanie. Dźwięk mną zawładnął i jestem pewien, iż jego amplituda powodowała, że twarz wykręcała mi się na różne strony w grymasie.

To było już w tym momencie przeżycie wystarczająco mocne, aby zbierać się po tym do końca wieczoru. W przypadku koncertów Resonance jednak nie ma miejsca na uczucie, które nazywamy niedosytem. Zespół chce nas zabrać w coś zupełnie przeciwnego. Po kolejnej krótkiej przerwie na deskach pojawili się kolejni oprawcy. Tym razem kwartet Mikołaj Trzaska, Steve Swell, Per-Âke Holmlander oraz Tim Daisy. Widząc w składzie Swell’a zacząłem się bać, Trzaska u jego boku tym bardziej mnie nie uspokoił. Jak się można domyślić, panowie wzięli się do roboty z grubej rury, nie pozostawiając nawet chwili na zaczerpnięcie powietrza w płuca. Tutaj jednak zaskoczenie. Po pierwszej improwizacji nastąpiła zmiana nastroju. Po raz pierwszy tego wieczoru usłyszeliśmy dźwięki ciche i delikatne. Postacią centralną stał się dla mnie szwedzki tubista. Tuba sama w sobie to instrument niezwykle rzadki we współczesnym jazzie, a nawet gdy się pojawia, zazwyczaj dubluje pracę basu lub zaledwie ją uzupełnia. Jest to więc zwykle instrument tła. Tym ciekawiej było posłuchać popisów solowych szwedzkiego wirtuoza, które były niecodzienne nie tylko ze względu na egzotykę formy trzymanego na kolanach sporego kawałka mosiądzu.

Po trzyczęściowym wstępie do imprezy, jaką miała się stać wizyta tentetu Resonance w Krakowie, czułem płynącą zewsząd inspirację do czynienia rzeczy dobrych. Najbardziej cieszył mnie fakt, że to dopiero pierwszy z trzech wieczorów, jakie będzie można spędzić z twórczością naszych gości.

Dzień drugi.

Poprzedni wieczór przeciągnął się w noc, a ta przemieniła się w poranek. Stosując ten sam patent koncert ewoluował w imprezę, która przekonała do potrzeby snu. Do kolejnej dawki wrażeń pozostało zaledwie parę godzin. W południe dziesięć osób stworzyło tajemniczy krąg czarowników rzucających dźwiękowe zaklęcia. Mistrzem ceremonii był Ken Vandermark, reszta magików, równocześnie świadoma mocy swojej indywidualnej sztuki, dobrowolnie poddawała się sile przekonywania prowadzącego obrzęd. Ten wykazywał się nadprzyrodzoną zdolnością dostrzegania kłębiących się w trakcie procesu myśli w głowach wspólników odczytując z twarzy, barwy głosu, najmniejszych gestów. Reagował natychmiast. Nigdy się nie pomylił w swej ocenie sytuacji! Dyskretna obserwacja z boku była dla mnie doznaniem mistycznym. Ile razy w życiu zdarzyło wam się stać świadkiem pracy nad materiałem jazzowym? Dla mnie był to pierwszy raz. Pierwszy raz i to z kilkoma najważniejszymi dla mnie postaciami światowego jazzu! Nie wiem czy mnie rozumiecie?

Wróćmy do koncertów. Koncerty, koncerty, koncerty!!! Piwniczna sala Alchemii jest już pełna. Panuje półmrok. Na deskach sceny piętrzą się instrumenty. Nie wiadomo czego i kogo się spodziewać. Na nierówną ceglaną ścianę rzutnik wyświetla zdjęcie tentetu sprzed dwóch lat. W końcu nadchodzi czas na pierwszą część wieczoru. Pan Marek Winiarski wywołuje na scenę kwartet Ken Vandermark, Magnus Broo, Mark Tokar, Tim Daisy. Pierwsze dźwięki i już wiedziałem, że znowu będzie mocno. Prowadził przede wszystkim saksofonista. Usłyszeliśmy wszystkie najważniejsze środki artykulacji, które tak bardzo lubimy w przypadku Vandermarka. Wskazówka na cyferblacie wytworzonej atmosfery wskazywała największy stopień kondensacji, tak, że wydawało się, iż zaraz się skropli i będzie padać nam na głowy deszczem. Taka była pierwsza połowa. Druga zdominowana była również przez przybysza z wietrznego miasta Chicago. Obiektywnie, powiedzieć w tym miejscu trzeba, najbardziej poruszający fragment tego wieczoru. Usłyszałem o tym później od kilku osób, widziano również na widowni takie, które płakały słuchając tego, co zagrał nam Vandermark. Dla mnie był to moment intrygujący bardziej ze względu na warstwę techniczną, niż liryczną. Jestem pewien jednak, że gdyby przeanalizować obie strony owego medalu, to okazałyby się równie poruszające. A więc powracając do subiektywnej oceny: nigdy w życiu nie słyszałem tak zagranego solo przez tego konkretnego muzyka. Był w nim obecny jakiś inny duch, inne brzmienie, inna ścieżka, po której podążały myśli artysty. Ogromna ilość zainwestowanego vibrato. To bardzo nietypowe dla jego stylu grać vibrato z takim natężeniem. Same harmonie niezwykle przejmujące. Przyznam się, iż gdyby to było solo zagrane na zakończenie pobytu Resonance, sam płakałbym pewnie jak bóbr. Dobrze było zrobić sobie po tym krótką przerwę.

Minęło kilka chwil. Na scenie pojawił się kolejny kwartet: Steve Swell, Wacław Zimpel, Per-Âke Holmlander, Michael Zerang. Ponownie Zimpel udowodnił, że jego obecność nie miała nic wspólnego z przypadkiem. Prócz klarnetów sopranowego i basowego, używał również taragotu. Powyższy skład zaprezentował muzykę oniryczną, bawiącą się paradźwiękowymi zabawkami, a wszystko to za sprawą dominujących instrumentów blaszanych Swell’a i Holmlandera. Ten ostatni uświetnił wieczór w podobnym stylu, jak dzień wcześniej. Zamiłowanie obu muzyków do przestrzeni sonorystycznych było bardzo wyraźne. Swell rzucał na, a następnie szorował deski sceny aluminiowym tłumikiem. Dopiero wtedy zrozumiałem dlaczego ów przedmiot jest tak potwornie zmasakrowany. Po raz pierwszy również pozwolił mi usłyszeć co można zrobić z puzonem, kiedy umieści się jego suwak tylko na jednej prowadnicy, drugą pozostawiając wolną. Było więc trochę eksperymentów. O wyczynach Holmlandera nie będę się wypowiadał, bo czuję, iż mógłbym na ten temat napisać całą książkę, tak bogata jest paleta możliwości Szweda. Kiedy słyszy się go i widzi trzymającego swój pokaźny instrument na kolanach, ma się wrażenie, że człowiek północy takim się już urodził.

Kiedy po ostatniej krótkiej przerwie ujrzeliśmy skład czteroosobowy stało się jasne, że będzie to noc kwartetów. Postanowiono dać nam ostateczny wycisk przed koncertem finałowym i wyprowadzono ciężką artylerię. Proszę sobie tylko to wyobrazić: na czele dowódcy baterii – Dave Rempis i Mikołaj Trzaska, na tyłach operatorzy ciężkich dział. Czy może być coś lepszego, jako narzędzie, od słynnej Dicke Bertha? Może. Mianowicie dwie Grube Berty! Jedną zawiaduje Tim Daisy, drugą kontroluje Michael Zerang. Ależ się działo! Totalna pożoga! Dziesięć pierwszych minut saksofoniści z rzadka decydowali się na naturalną skalę swych instrumentów, znajdując uciechę w plądrowaniu rejestru altissimo. Ogień, ogień, ogień!!! Mam ochotę na ton patriotyczny i twierdzę, że nie mamy się czego wstydzić, kiedy nasi rodacy w taki sposób uzupełniają się z międzynarodową ekipą. Trzecia część wtorkowego wieczoru była najmocniejsza, bezkompromisowa i zorientowana na ukazanie obrazu przypominającego horrory spaceru po ciemnej rzeźni pełnej zwisających z haków kawałów mięsa. Podobało się! Ludzie pozyskali wielki grant w dosłownym tych słów znaczeniu. Po gromkich brawach na bis wyszedł cały zespół! Sala koncertowa Alchemii oraz jej scena to przestrzeń mała. Na krawędzi ustawiło się zatem siedmiu muzyków, jeden obok drugiego, z tyłu ścisnęli się Tokar, Daisy i Zerang. Powiedziałem do kolegi siedzącego obok mnie: oto ściana dźwięku! Rzeczywiście. Sesja ta była krótka i konkretna i chyba dobrze, bo poziom emocji był podwójny.

Format zaproponowany przez zespół bardzo mi się podobał i żałowałem trochę, że to już koniec, a jutro będzie tylko jeden koncert. Szczęśliwi ci, którzy byli dwa lata temu, bo wtedy tentet grał w ten sposób przez pięć kolejnych wieczorów. Niemniej nie mogę powiedzieć o jakimkolwiek niedosycie.

Dzień trzeci.

W środę, w godzinach południowych, wywieziono cały sprzęt do Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, po pierwsze, by odbyć tam ostateczną próbę, po drugie, by nie musieć martwić się o cokolwiek w wyznaczoną godzinę koncertu finałowego. Ponieważ sala Alchemii nie pomieściłaby wszystkich zainteresowanych, wielki finał miał się odbyć właśnie tam. Zamknięci w obszernej sali koncertowej, muzycy mogli sobie pozwolić na większą swobodę i prywatność. Szanując to, postanowiłem zjawić się dopiero na wyznaczoną godzinę wieczorną.

Ku naszemu zaskoczeniu ogłoszono, że koncert odbędzie się w jednym ciągu, bez przerwy. W jego trakcie jasne stawały się ustalone konfiguracje poprzednich dni. Była potrzebna bowiem oddzielna sesja Vandermarka i Zimpla, zgranie się sekcji instrumentów blaszanych, perkusistów i saksofonistów. Słowem wszystko miało jakiś głębszy, wcześniej ukryty cel. Uznacie pewnie, że jeżeli znowu zacznę zalewać was rzeką niekończących się pochwał, to pewnie nie potrafię napisać nic krytycznego wobec tych ludzi i ich muzyki. Cóż mam powiedzieć? Chyba właśnie tak jest! Jest to jednak wynikiem szczerego zachwytu sztuką, która naprawdę mnie porusza. Na przykład wziąłem ze sobą aparat fotograficzny, po który nawet musiałem się wrócić do szatni, bo z przejęcia zapomniałem wcześniej. I co? Jak zaczęli grać, to zupełnie wyleciało mi to z głowy i nie zrobiłem nawet jednego zdjęcia! Mając tak jasną sytuację, nie widzę sensu wykładać tutaj mojej opinii na temat tego wieczoru. Opis taki równałby się w istocie skondensowanej treści poprzednich wrażeń z występów małych grup. Wystarczy więc może tych ochów i achów, bo nie daj Boże jeszcze któryś z nich przeczyta i… Nie wiem: popuka się w głowę, poczuje się zbyt pewny siebie…? Nieważne. Dodam tylko, że jak się skończyło, to chciało się więcej. Jakoś szalenie szybko czas upłynął z tą muzyką. Z solistów najbardziej wciągnęły mnie partie Mikołaja Trzaski. Może to wynikać jednak z faktu, że dopiero poznaje się na jego możliwościach. Jest w stanie ciągle mnie zaskakiwać, co jak widać było, niezwykle rzadko zdarza się w przypadku pozostałych saksofonistów projektu. W ogóle mam przeczucie, że Trzaska wiele nam pokaże w przeciągu najbliższych lat. Mam też przeczucie, że jego kariera dopiero się rozpędza. Tak się składa, że słuchałem go kilkakrotnie na przestrzeni dwóch tygodni i zawsze jego gra wywierała na mnie ogromne wrażenie. Same dobre słowa pragnąłbym zresztą skierować w kierunku każdego członka Resonance, lecz wszelkie zapędy, by stworzyć list pochwalny, miast po prostu napisać w skrócie jak było, muszę kategorycznie ukrócić. Pytanie o to, czy było alchemicznie jest pytaniem retorycznym. Świadkom tak podobał się koncert, że niemal wymusiliśmy oklaskami wyjście tentetu dwukrotnie. Przez dwa następne dni, w prywatnych rozmowach, po wyjeździe artystów, o niczym innym się nie mówiło.

Po koncertach pan Marek Winiarski przekazał nam wiadomość, że być może przyjazdy Resonance do Polski przybiorą formę biennale. W najwyższym stopniu tego bym sobie życzył.

Brunon Bierżeniuk


fot. Jan Witkowski,


jw-i@wp.pl





 
 
 
 
 
 
 
 
 
więcej »
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.