  |  |  |  |  |  |  |  |  |  | Galeria: Brunon Bierżeniuk o Krakowskiej Jesieni Jazzowej |
|  |  |
 |  |  | | Relacja z koncertu Maya Homburger-Barry Guy Duo, 11 października 2009 |  |
 | Dosadny dowód na to, że niedaleko barokowym improwizacjom od współczesnych form wolnej jazzowej ekspresji przedłożył nam duet Maya Homburger – Barry Guy w ramach siódmego już koncertu krakowskiej jesieni. |  |  | Dyrektor artystyczny festiwalu, wielmożny pan Marek Winiarski, od początku imprezy zapowiadał to wydarzenie jako jedno z najważniejszych. Nie chodziło wyłącznie o to, iż po raz kolejny tej jesieni usłyszeć gawiedzi przyjdzie kontrabas Barry’ego Guy’a, ale chyba głównie o to, że muzyka sama w sobie będzie wyjątkowa. Celem pary muzyków było połączenie odległych epok i stylów w taki sposób, by ukazać istniejące między nimi podobieństwa. Heraklitowski pantareizm w sztuce objawia się najdotkliwiej i trzeba wielkiego talentu, by nakłonić współczesność do chwili kontemplacji uroków dawnych. To zadanie na pewno udało się tym razem.
Samą formą wydarzenie to przypominało bardziej warsztaty muzyczne, niźli koncert. Poczynione zostało to w taki sposób abychom zrozumieli z czymże mamy do czynienia i w jaki sposób ułożyć sobie z tą rzeczą spółkowanie. W akcyi budowania kolejnych etapów opowiadano nam zatem o korzeniach danego zamysłu, o kryjących się za nim filozofiom, co zresztą wywołało na widowni wyraźny fawor. Dobrą sprawą jest przecie, wśród wrażeń wyniesionych, pójść w pospólstwo z pożyteczną wiedzą teoretyczną. Fest był tym zacniejszy, iż poświęcał kolejne kompozycje takim figurom, jak Max Bill czy Samuel Barclay Beckett.
Pierwszy z listy pojawił się w najwspanialszym momencie duetu, w wyśmienitej kompozycji, przypominającej dokonania kompozytorów muzyki współczesnej „Hommage a Max Bill”, barokowe skrzypki białogłowy zaśpiewały tedy melodię mym uszom najmilszą. Dźwięki dobrane jako przyczynek do portretu tego genialnego architekta, wizjonera wzornictwa i artysty, były równie finezyjne jak jego ażurowe konstrukcje. Z kolei wielki wieszcz stał się impulsem inspirującym poprzez swe słowa, odczytane zresztą przez Guy’a przed przystąpieniem do spełnienia dzieła, do utworu solowego na kontrabas. Zaiste centralną partią całego spotkania był ów popis! Widziałem już sporo różnych facecji, wszelkiego rodzaju rozrywek i igraszek ze strunami tego instrumentu czy też jego pudłem rezonansowym, ale takiej lekcji nie dał mi jeszcze nikt! „Five fizzles” - tak nasz foryster opus swe nazwał. Nazwa odnosi się do efektu towarzyszącego nagłemu otwieraniu silnie gazowanych napojów. Kiedy odginamy kapsel zdarza się, iż zawartość wypryskuje na nas sycząc i mocząc nam koszulkę, a czasami nawet spodnie. Było to pięć kolejno po sobie następujących impresji na temat fragmentu poematu Backett’a. Podobnie jak zawartość butelki, dźwięki stanowić miały wyprysk pomysłów i koncepcji wprost na świadkujących słuchaczy. Każda z części ujawniała fiksację wobec jednego ze sposobów wydobywania dźwięku. Były więc drewniane kołki, tworzące perkusyjne efekty, smyczek, który sprawiał, że kontrabas płakał nad beznadzieją tego świata (bardzo baketowskie!), granie palcami wraz z charakterystycznym dla kontrabasistów zaśpiewem towarzyszącym, filcowe pałeczki, a na koniec długie metalowe druty między strunami poruszane w ruch z zacietrzewieniem kowala, który realizuje zamówienie na podkowy dla całego pułku kawalerii konnej. Arcydzieło, które nagrodzone zostało kilkuminutową frenetyczną owacją.
Czekałem wręcz kiedy ludzie powstaną z krzeseł i wyklaszczą się na stojąco. Nie było by to zresztą przesadą. Ciekawostką było zaprezentowanie utworu z poprzedniego wieczoru „Analiza” w przełożeniu na bas solo.
Koncert był obrzędem alchemicznym ukazującym tylko rąbka tajemnicy, jaką jest muzyczne porozumienie. Proces to skomplikowany w szczególności, gdy mamy do czynienia z pewną formalną syntezą. Było to wydarzenie niecodzienne. Wymykające się wszelkim próbom zaszufladkowania stylistycznego. Pięknym przykładem jak dawne może łączyć się ze współczesnym w jedną zgrabną całość.
Jestem pewien, że nic już temu nie dorówna, jeżeli chodzi o ową oryginalność. Chociaż dyskusyjne wydaje mi się włączenie tego projektu w ramy Krakowskiej Jesieni Jazzowej, której w tym roku przyświeca idea najlepszej free jazzowej muzyki świata, to równocześnie nie czuję, że popełniono jakikolwiek mezalians. Była to muzyka pozagatunkowa i może właśnie dlatego pasowała wszędzie tam, gdzie chce się pokazać sztukę ambitną, poszukującą nowych jakości.
Brunon Bierżeniuk
fot. K. Penarski,
|  |
|  |  |
|  |
 |