Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Inne galerie
KROKE & SŁAWOMIR BERNY
Kazutoki Umezu Kiki Band
Koncert Vandermark&Daisy Duo
MECENASI ORAZ PATRONI MEDIALNI FESTIWALU KRAKOWSKA JESIEŃ JAZZOWA
Paweł Kaczmarczyk
Galeria: Brunon Bierżeniuk o Krakowskiej Jesieni Jazzowej
Relacja z konceru Fernandez, Guy, Lopez Trio, 10 października 2009
W sobotni wieczór byliśmy świadkami uzyskania wspólnego mianownika pomiędzy hiszpańskim gorącym temperamentem, a międzykulturowym obyciem obywatela postkolonialnej Anglii.

Tak w skrócie mógłbym podsumować klimat koncertu Augusti Fernandeza, Ramona Lopeza oraz Barry’ego Guy’a. Zespół zaprezentował repertuar oparty na eklektycznym połączeniu różnych estetyk i wrażliwości.

Przyznam, iż z początku obawiałem się trochę, co też z tego wszystkiego będzie. Wywindowanie skrzętnie zazwyczaj schowanego pod deskami sceny fortepianu na widok publiczny nie tylko załamało przestrzeń i grę cieni, ale również zapowiedziało konfrontację z bardzo klasycznym instrumentarium.
Nie jest to dobra wiadomość dla kogoś, kto przychodzi do Alchemii po coś nowego. Powiedzmy sobie szczerze, że lata eksploracji fortepianu w jazzie mamy już dawno za sobą. Ktoś może powiedzieć: tak samo jest z saksofonem czy kontrabasem! Miałby zupełną rację! Nie wiem co jest takiego w mojej głowie, ale ilekroć widzę, że będzie grany jazz z udziałem piana, mam ochotę uciec w popłochu przed poczuciem, że jestem świadkiem grania dżeziku do kotleta. Wiem tylko tyle, że jest wielu takich, co czują podobnie. Podłoże mojej wzmożonej czujności jest więc już jasne. Tym większą ulgę poczułem, kiedy dotarło do mnie, że wszelką bojaźń mogę sobie schować do kieszeni na później.

To, co zaprezentował nam Augusti Fernandez na swoim wielkim instrumencie, nie nadawało się bowiem na podkład do spożywania czegokolwiek, w jakiejkolwiek restauracji. Niechybnie powodowało by to brak zainteresowania jedzeniem, w przypadku miłośnika jazzowych dźwięków, lub natychmiastowe opuszczenie lokalu z reklamacyjnymi pretensjami, w tym drugim przypadku. Kiedy pozostała dwójka muzyków dawała upust skumulowanej energii, Fernandez bił po klawiaturze całymi dłońmi z impetem rozdrażnionego byka na korridzie. Natomiast w chwilach malowania zespołowego poetyckiego obrazu, zamieniał się w czułego hiszpańskiego kochanka-zdobywcę, ujmując delikatnością frazowania, pozostając jednak świadomym charakteru krwi płynącej w jego żyłach. Cecha ta była najbardziej jaskrawa w przypadku pianisty. Ogromna wszechstronność.

Ramon Lopez nie pozostawał dłużny i odwdzięczał się tym samym swoim kolegom. Wiadomo o nim, że posiada szeroką wiedzę o rytmice różnych gatunków muzycznych takich jak flamenco czy muzyka hinduska i to było słychać. Zresztą w samym zestawie zawarł elementy pasujące raczej do obu wymienionych form, niż do jazzu. Odnosiło się wrażenie, że ten człowiek potrafi zagrać wszystko. Prócz standardowych pałek, miotełek lub po prostu dłoni, używał również efektownie łamiących się na scenie patyczków. Twórczo wykorzystywał również perkusję jako całość, nie ograniczając się do membrany.

Moim faworytem był jednak doskonały kontrabasista Barry Guy. Miałem przyjemność słyszeć go już wcześniej i wiedziałem jakiej klasy należy się spodziewać. Nie zawiodłem się. Jego kompozycja Analiza była najmocniejszym punktem programu. Bardzo oryginalne riffy, moc oraz nieujarzmiona agresja - oto jak mniej więcej to brzmiało. Sam artysta pokazał nam prawie wszystko to, co charakteryzuje jego styl. Miałem wrażenie, ze był prowodyrem wszelkich dzikich wyskoków spadochronowych bez zabezpieczenia lub instruktora, do swobodnego lotu w dźwiękowe nieznane. Słuchając go byłem wdzięczny losowi oraz pierwotnemu zamysłowi, że zagra dla nas dwa oddzielne koncerty w przeciągu dwóch wieczorów. Czasu spędzonego na obcowaniu z muzyką Guy’a nigdy za dużo!

Trio Fernandez, Guy, Lopez zadali nam zagadkę gdzie leżą granice jazzu, a gdzie zaczyna się międzyidiomatyczna podróż na nowe tereny muzyki? Bywało przejmująco lirycznie, tylko po to, by za moment obrócić to uczucie w pełne furii plądrowanie niezapisywalnej pięciolinii. Energia jaka wyzwoliła się podczas występu porywała dynamiką i zwrotnością. To może jeszcze na koniec jedno porównanie, iż zwrotność ta przypominała przejażdżkę po mieście niezawodnym pelikanem. Czy było alchemicznie? Oj było. A za dowód posłużyć może przełamanie po raz pierwszy tabu drugiego bisu. Salwa radości zmieszanej z podziwem wylała się z pełnej po brzegi widowni zmuszając muzyków do wyjścia dwa razy.

Brunon Bierżeniuk


fot. Jan Witkowski,


jw-i@wp.pl




 
 
 
 
 
 
 
 
 
więcej »
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.