Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Inne galerie
KROKE & SŁAWOMIR BERNY
Kazutoki Umezu Kiki Band
Koncert Vandermark&Daisy Duo
MECENASI ORAZ PATRONI MEDIALNI FESTIWALU KRAKOWSKA JESIEŃ JAZZOWA
Paweł Kaczmarczyk
Galeria: Brunon Bierżeniuk o Krakowskiej Jesieni Jazzowej
Relacja z koncertu Basement Research, 4 października 2009
Gebhard Ullmann nie jest dla bywalców Alchemii osobą nową. Można go już było zobaczyć na deskach naszej piwnicznej sceny parokrotnie. Podobnie przedstawia się sytuacja towarzyszących mu muzyków, którzy wystąpili w niedzielny wieczór w projekcie Ullmann’a Basement Research. Złożony z międzynarodowej ekipy zespół dał nam to, czego może tylko oczekiwać lekko już osłuchany z free jazzem zapaleniec.
Pierwszy utwór oczarował strategią, zmianą barw oraz narastającą energią, która wyzwoliła się w pełni podczas sekcji Daisy, Hebert, Swell. Ten ostatni kolejny raz udowodnił swoją klasę w grze na puzonie. Kiedy doszło do jego pierwszego solo nie byłem już w Alchemii, siedząc na kinowym krześle. Byłem w tym lepszym, szalonym świecie, do którego to przenosi każdy dobry jazz słuchany na żywo. Grupa okazała się mistrzowska w budowaniu nastroju. Charakterystycznym elementem zaprezentowanych utworów była pewna zabawa ze słuchaczem: kiedy wygrana została ostatnia nuta unisono, które brzmiało jak motyw kończący dzieło, następowała krótka pauza, poczym rozpoczynała się kolejna faza tej samej kompozycji. Publiczność wybuchając szczerym zachwytem zaraz milkła i słuchała dalej, podczas gdy pan Ullmann zdawał się puszczać oko ze sceny mówiąc: „A widzicie, to jeszcze nie koniec!”. Wyglądało to tak, jakby czekając na kulminację tematu, ten się po prostu urywał w niespodziewanym miejscu. Nabieraliśmy się na to prawie za każdym razem. Same motywy unisono były moim zdaniem najmocniejszym punktem tego występu. Kolaboracja saksofonu sopranowego i barytonowego Julian’a Arguelles, tenoru i klarnetu basowego Ullmann’a i puzonu Steve’a Swell porywała inwencją twórczą i wyobraźnią. Brzmienie było w większości przypadków mocne. Ze wszelkimi trickami znanymi free jazzowcom. Najbardziej przemówił do mnie puzon nowojorczyka i klarnet lidera. Niesamowitych wrażeń dostarczyła przedostatnia kompozycja „You Know Less”, z długim wstępem składającym się ze ściany dźwięku zbudowanej przez wszystkie instrumenty. Fenomenem koncertu był fakt, iż Tim Daisy, zastępując awaryjnie oryginalnego perkusistę, który nie był w stanie dojechać do Polski, zagrał cały materiał po raz pierwszy w życiu. Rzecz wprawiająca w najwyższy podziw i respekt. Oczywiście brzmiało to tak, jakby skład od początku był właśnie w ten sposób pomyślany. A wszystko to po zaledwie paru godzinach prób przed występem!!!

Od pierwszych chwil publiczność oszalała przeczuwając, że jest świadkiem wydarzenia wyjątkowego. Energia udzieliła się również artystom. W powietrzu wrzało od podniecenia muzyką. Ludzkie głowy kiwały się w rytm, a po szczególnie udanych zagrywkach nie można było się powstrzymać przed wyrzuceniem z siebie w jakiś sposób czystej radości. Czy było alchemicznie? Było alchemicznie na najwyższym poziomie tej sztuki. Pierwiastki szlachetne wszelkiej maści zlewały się tworząc czyste złoto wspaniałej uczty muzycznej. Grupa podobnie jak w przypadku New Fracture poproszona została o tylko jeden bis. Inaczej niż poprzednio wynikało to, moim zdaniem, z kompletnego nasycenia. Koncert był jak uprawianie dobrego seksu, a bis jak zapalenie przedniego papierosa tuż po nim. Można już było udać się spokojnie do domu.


Brunon Bierżeniuk


fot. Jan Witkowski,


jw-i@wp.pl



 
 
 
 
 
 
 
 
 
więcej »
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.