  |  |  |  |  |  |  |  |  |  | Galeria: Brunon Bierżeniuk o Krakowskiej Jesieni Jazzowej |
|  |  |
 |  |  | | Koncert New Fracture Quartet, 1 października 2009 |  |
 | Schodząc do utrzymanej w intymnej atmosferze sali koncertowej Alchemii zadawałem sobie jedno pytanie: czy ponownie będzie alchemicznie? Deszczowy Kazimierz wprowadzał w lekką melancholię, miarowym szumem odrywając człowieka od myśli o świecie zewnętrznym i przygotowując tym samym na to, co ma nastąpić za parę chwil na wyrobionych deskach sceny. Jest cicho, wyczuwa się w powietrzu pewne napięcie. |  |  | Kwartet New Fracture to dla mnie formacja czterech osobnych elementów, które zlepiają się w jedną całość. Każdy bowiem z muzyków stanowił samodzielną oś podtrzymującą konstrukcję dźwiękową. W tej abstrakcyjnej strukturze głównym budulcem był basista Jake Vinsel, ponieważ podczas koncertu trzymał się konsekwentnie klasycznej techniki basowych pochodów znanych nam z nagrań z połowy XX wieku. Było to zaskakujące i przekornie świeże, gdyż dzisiejszy słuchacz podświadomie spodziewa się raczej techniki arco, czyli grania smyczkiem, dźwięków spoza naturalnej skali instrumentu, czy też stukania i pukania w pudło rezonansowe. Tymczasem nic z tego metajęzyka nie miało miejsca. Vinsel swoje partie uzupełniał niekiedy bluesowymi riffami, lub liniami basu rodem z postrock’a, ale w gruncie rzeczy twardo trzymał się zadania dostarczenia solidnego podkładu. W tym miejscu chciałbym dodać, iż podobna filozofia charakteryzowała grę wszystkich członków zespołu. Nie było, tak popularnego, podziału na segmenty przeznaczone dla kolejnych solistów. Praca była organiczna i skoncentrowana na wzajemnym uzupełnianiu się.
Osią nieco bardziej luźną był gitarzysta Dave Miller. Przywitał zebraną publiczność słodkim antyakordowym pstryczkiem w nos, tworząc ścianę dźwięków, które przypadłyby zapewne do gustu takich fachowców jak Thurston Moore. A zatem atonalne, arytmiczne uderzenia plus modulacja brzmień i fali efektami podłogowymi. Słychać było od razu, że w tej estetyce Miller ma sporo do powiedzenia ciekawych rzeczy. Wkrótce po tym wstępie nastąpił jednak zwrot, owocujący przejściem z ciemnej strony nieprzewidywalnych efektów, na jasną połać morza awangardowej konwencji, operując głównie czystym brzmieniem, grając riffy lub stosując perkusyjne uderzenia.
Instrumenty strunowe stanowiły w ten sposób bezpieczny, solidny fundament. Ścianami i dachem tego muzycznego domu byli Tim Daisy oraz trębacz Nate Wooley, w tej dokładnie kolejności. Perkusja Daisy’ego w tym wydaniu to motoryczny, skoncentrowany silnik, który działał jak turbodoładowanie, kiedy wchodził do gry, nawet w spokojniejszych momentach. Wniosło to nową jakość do mikstury, dzięki czemu dźwiękowa zupa nabrała smaku i charakteru. Najbliżej nieba znajdował się wspomniany Wooley, który dla mnie stanowił największe odkrycie tego wydarzenia. Absolutnie wspaniały trębacz! Słyszałem już parę trąbek w swoim życiu, ale nie doświadczyłem jeszcze takiej ilości niekończących się pomysłów na artykulację. Prócz zastosowanych środków dobrze już znanych, jak wszelkiego rodzaju tłumiki czy oddech cyrkulacyjny, pojawiły się rzadkie na tym instrumencie przedęcia, krzyki przez ustnik, czy paradźwięki bez użycia ustnika! Wyobraźnia sonorystyczna tego pana nie zna granic.
Muzyka zaproponowana przez kwartet Tima Daisy to przestrzeń kolażowa. Doskonale oddają ogólny klimat koncertu zdjęcia Jana Witkowskiego. Formacja zaskakiwała z utworu na utwór stylistycznym przekładańcem. Koncert rozpoczął się mocnym, nowoczesnym free jazzem z noise’owymi jazgotami gitary, by w kolejnej kompozycji złożyć pokłon gitarzyście Sonny’emu Sharrock, a to przecież zupełnie inny jazz… Czy było alchemicznie? Owszem było. Muzyka na pewno coś w sobie miała, ale co? Tymon Tymański powiedział o New Fracture Quartet, że o ile istnieje coś takiego jak nowy jazz, to to jest właśnie to. Być może był na tyle nowy, iż nie został zrozumiany? Byłem na wielu koncertach w Alchemii i dobrze wiem jak rozgrzana może być publiczność po koncercie jazzowym. Alchemia nie ma sobie równych żeby tego uczucia doświadczyć. Tymczasem koncert dobiegł końca. Jest cicho, w powietrzu czuje się pewne napięcie. Zupełnie jak na początku. Zespół zagrał tylko jeden bis, który w dodatku był nieszczery. Mimo, że jestem człowiekiem, który lubi wyzwania, sam znalazłem się w bardzo dziwnym miejscu. Po prostu nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć… Było alchemicznie, ale chemia przypominała tę obecną podczas spotkania przyszłych kochanków, którzy dopiero się poznają.
Brunon Bierżeniuk
fot. Jan Witkowski,
jw-i@wp.pl
|  |
|  |  |
|  |
 |