  |  |  |  |  |  |  |  |  |  | Galeria: Wystawa „Portrety 1997 – 2007” |
|  |  |
 |  |  | | Mariusz Makowski |  |
 | Każdy portret, to pokłosie spotkania. Czasem krótkiego, niemniej zazwyczaj emocjonującego, intensywnego, choćby z racji konwencji spotkania, odbywającego się pod presją czasu. |  |  | Przychodzę do osoby, której nie znam jako człowieka, co najwyżej hołubię w głowie jakieś odpryski jej medialnego wizerunku. Oprócz aparatu stawiam przed portretowanym/ą swoje oczekiwania, koncepcje, pomysły, co do tego jak chciałbym tą osobę sfotografować. Ten ktoś, po drugiej stronie obiektywu, ma z kolei swoje wyobrażenia o tym jak chce wypaść; swoje obawy, lęki, obsesje, uprzedzenia, marzenia i nie wyrażone oczekiwania . Odnoszę często wrażenie, że portretowanie osób to wzajemne podchody, jakieś negocjacje stanowisk, gdzie każda ze stron chce uzyskać możliwie najlepszy rezultat.
To coś jak taniec, wymagający skomplikowanych figur, a równocześnie uważnej troski, aby nie deptać drugiemu człowiekowi po palcach. Mam wstrzemięźliwy stosunek do koncepcji mówiących o „fotografowaniu duszy” albo „wydobywaniu prawdy o osobie”. Abstrahując od ich zbędnej patetyczności, są to dla mnie puste formuły. Obca mi jest koncepcja „jednej , niezmiennej „prawdy” o człowieku wiązana z jakimś konkretnym jej wizerunkiem, pozą, miną. To, jak wyglądają zdjęcia portrecisty jest wypadkową, między innymi, tego jak świadomie (lub nie) kreuje się ktoś przed obiektywem, tego jak twórca chcę go widzieć - nie zawsze świadomie - udzielić mu swoich własnych cech, potrzeb, fantazji oraz wypadkowej: fuzji tych dwóch obszarów oddziaływań. Być może najciekawszy jest ów efekt synergii spotkania dwojga osób. Rezultat fotograficzny nie jest prostą sumą składników, za które można by uznać „potencjał osoby” oraz „zdolności fotografa”. To coś, co rodzi się „pomiędzy”. Coś, trudnego do zwerbalizowania; pewnej dopasowanej lub drażniącej „chemii” osób, wzajemnego inspirowania, prowokowania, dominacji i poddania, podmiotowości i uprzedmiotowienia, zdejmowania masek, manipulacji i uwodzenia.
Fotografia prasowa wnosi dodatkowa zmienną: oczekiwania poszczególnych tytułów. Inaczej chcą „sprzedać” wizerunek osoby tak różne tytuły jak: „Tygodnik Powszechny” , „Newsweek” i ”Fakt”. Oczekiwania redaktorów zawsze gdzieś drzemią u fotografa „w tyle głowy”. Istnieje znana reguła psychologii społecznej, mówiąca, iż więcej dowiadujemy się o nieznanych osobach, kiedy zachowują się one niezgodnie ze swymi społecznymi rolami. Stąd ze strony niektórych tytułów - presja wobec fotoreportera, aby przynosił zdjęcia „dziwne”, „wykombinowane”, „kontrowersyjne”, ich wspólnym mianownikiem jest efekt w publikacji, którego skutkiem jest przyciągnięcie uwagi czytelnika, zaskoczenie go lub zbulwersowanie.
Upatruję tu pewnego zagrożenia dla suwerenności wyborów artystycznych fotografa, uwewnętrznienie - w pewien podskórny sposób – zasymilowanie tych „reguł rynkowych fotografii prasowej” czyni nas, pracujących dla prasy zniewolonymi w subtelny, nie zawsze uświadomiony sposób.
Często łapię się na tym, że mówię o wykonanych fotografiach „moje portrety”, choć przecież pokazują one ICH wizerunki, nie mój. Jednak „projektuję się w dzieło”, rzutuję siebie na innych. Portrety są w tym sensie hybrydą mych świadomych i – co ciekawsze – nieświadomych zamysłów oraz właściwości przyrodzonych fotografowanemu. Biorąc pod uwagę mnogość ludzkich osobowości i sposobów bycia, możliwa liczba kombinacji JA – PORTRETOWANY/A jest imponująca. Być może to jeden z powodów, dla których fotografia portretowa jest tak interesującą szansą artystycznego realizowania się
tudzież stricte psychologicznego samopoznania.
M.Makowski
|  |
|  |  |
|  |
 |