Na placu od wczesnego popołudnia zaczynał rozchodzić się powoli delikatnie zapach gotowanych warzyw, potem docierały coraz bardziej wyraziste i rozpoznawalne odcienie fasolki, kawałków mięsa, ryb, czosnku. Nagle wszyscy - jak na rozkaz porozstawiali się w kolejkach po odrobinę zupy. Stali cierpliwie w fantastycznie długich i zawiłych liniach ludzkich. Do nas też stanęli, nie wiedzieli jeszcze za czym, ale powoli tworzyła się ogromna masa, spokojna i wyczekująca na swoją porcję. I gdy docierali do naszego namiotu, okazywało się, że nie dostaną nic do jedzenia, jedynie parę z szamańskiej zupy - na szczęście. I co? I prosili o dwie kolejne papierowe torebki z naparem - dla córki, dla mamy, dla teścia...